Prolog

Błyskawica z ogromną siłą przeszyła nocne niebo, uderzając w ziemię. Za nią podążyła kolejna. Pod czarnym sklepieniem wrzała przeraźliwa walka. Każde uderzenie pioruna oświetlało toczącą się rzeź. W powietrzu czuć było odór rozkładających się ciał. Strumień ciemnej energii uderzył w walczącego, rozdzierając go przy tym na pół. Z nieba lał się deszcz śmiertelnych strzał, pochłaniając kolejne, przerażone ofiary. Całe to wydarzenie przypominało starcie ziemi z podniebnym sklepieniem. Wiele ras świata zebrało się w tym czasie na polach Taherun – jedynym zakątku, na którym zamiast pustki królowała wojna. Nie istniały już małe osady, liczne wioski, tętniące życiem miasta, ogromne państwa czy wspaniałe krainy. Dowódcy licznych nacji spotkali się na ziemiach Taherun w walce, która nie mogła przynieść nic prócz całkowitego zniszczenia.

Żołnierz gwardii elfickiej, złocistą strzałą przeszył gardło biegnącego w jego stronę krasnoluda. Zaraz potem jego głowa oderwana od reszty tułowia spoczywała pod nogami rządnego krwi ogra. Tu i ówdzie leżały zwęglone szczątki ludzkie. W górze stado gryfów próbowało sił w starciu z niespotykanym ognistym smokiem. Po chwili to, co zostało z ich ciał dołączyło do reszty poległych. Nawet bogowie, którzy zawsze starali się zapanować nad chaosem, stali się jego cząstką.

Pola Taherun niegdyś obsypane bujną roślinnością, gościły teraz w swych obszernych ramionach ciała ofiar, toczącej się beznadziejnej wojny. Wkrótce, w miejscu bitwy pozostało niewielu przedstawicieli poszczególnych ras biorących w niej swój udział. Jednak zbrojna konfrontacja trwała nadal. Pałający nienawiścią żołnierze w ferworze walki starali się nie dostrzegać okrucieństwa z jakim niespotykany, ognisty smok rozprawiał się z wybranymi przez siebie ofiarami. Jeden z mężczyzn niemal trafił go w serce złocistą, pięknie rzeźbioną strzałą o niesamowicie przejrzystym, kryształowym grocie. Niestety spotkała go za to sroga kara. Smród jego palonego ciała długo unosił się w powietrzu, podobnie jak płacz kobiety, która rzuciła się biedakowi na ratunek.

Ludzie, elfy i leśnie skrzaty, krasnoludy, minotaury i gobliny oraz wiele innych uczestników bitwy z trwogą przyglądało się jak okrutny smok przybiera postać zbliżoną do ludzkiej, po czym z grymasem zadowolenia na twarzy przeszywa serce zrozpaczonej kobiety mieczem, który w niewiadomy sposób znalazł się w jego dłoni. Szaleńczy śmiech potwora obudził wśród wojowników uczucia, o jakich dawno już zapomnieli. Czując na sobie przerażone spojrzenia, okrutny zwycięzca zdawał się wręcz karmić strachem swoich widzów. Znacząco wyróżniał się z tłumu, nie tylko wyglądem, ale i siłą niespotykaną nawet w świecie magii. Patrząc w jego oczy, można było dostrzec jedynie złowieszczy mrok.

W tym samym momencie na horyzoncie pojawiło się drobne światło. Z każdą sekundą rosło w siłę. Wojownicy zdezorientowani wpatrywali się w zbliżające, niecodzienne zjawisko. Nawet „smoczy” mężczyzna spoglądał, ciekawy z czym przyjdzie mu się spotkać. Pędzący z wyjątkową prędkością, oślepiający blask uderzył we wszystkich swą intensywną energią, powalając ich na zbrukaną krwią ziemię. Z ogarniającej jasności wynurzyła się młoda kobieta. Jej niesamowita uroda przywodziła na myśl boginie, których nikt nie widział, a jedynie śpiewano o nich w pieśniach. Drobna postura zupełnie nie pasowała do mocy, którą musiała posiadać niezwykła niewiasta. Czarne jak noc włosy okalały jej twarz, a srebrzysta suknia, swym delikatnym materiałem obejmowała ciało.

Żołnierze zapominając, że znajdują się wśród wrogów, przerywali walkę, by bliżej przyjrzeć się nowo przybyłej. Nawet bezwzględny tyran pojedynkujący się uprzednio pod postacią smoka zdawał się być wysoce zaintrygowany. Dłuższą chwilę mierzył się z kobietą wzrokiem, wymieniając myśli. Wtem po okrutnej twarzy nikczemnika przebiegł wyraz najwyższego zdumienia. Niewiasta jednak nie czekała długo, by rozpocząć walkę. Obserwując jej siłę, można było wysnuć tylko jeden wniosek – wynik tego starcia był z góry przesądzony.

Pojedynek trwał krótko. Wszystkie żywioły Ziemi, na jedno skinienie kobiety, szalały wokół okrutnika zamykając go w przedziwnej pieczarze, stworzonej ich mocą. Wieńcząc swoje dzieło, niewiasta podniosła z ziemi garść kamieni, które do złudzenia przypominały drobne kryształy, by z pomocą jednego z nich przypieczętować zamknięcie dziwnego więzienia. Wściekły mężczyzna szarpał się wykrzykując groźby, na które zwyciężczyni była całkowicie głucha. Po chwili, wśród złowieszczego ryku, pieczara zniknęła w ciemnej, ziemskiej otchłani.

Niczym nie zmącona cisza, ogarnęła uginające się pod ciężarem ofiar pola Taherun. Kobieta powoli zwróciła się w stronę pozostałych przy życiu wojowników.

-Głupcy!- rzekła przeszywającym głosem, który niósł się falami, docierając do wszystkich uszu – Coście uczynili? Czyż nie widzicie, że stąpacie po ciałach swych braci? Gniewnym wzrokiem błądziła po zwróconych w jej stronę, zatrwożonych twarzach. Wicher, który się zerwał, ugodził we wszystkich swym zimnym podmuchem, obejmując ramionami pole bitwy.

-Rozejrzyjcie się! – wiatr pieścił skórę niewiasty, unosząc ją wysoko ponad ziemię. Suknia powiewała delikatnie, niewzruszona jego szaleńczymi podmuchami – Zrujnowaliście świat, budowany wspólnymi siłami. Ujrzyjcie własne dzieło! Kobieta wyciągnęła przed siebie dłonie. Między palcami uformowała niewielką kulę światła, która wyrzucona w górę, uderzyła we wszystkich oślepiającym blaskiem. Nagle noc przeszła w dzień, ukazując krwawe konsekwencje niepotrzebnego konfliktu. Zdezorientowani słuchacze rozglądali się wokół, a każdy kolejny obraz zapadał na wieki w ich pamięć.

Wojna Chaosu – jak nazwali ją później mędrcy – przyniosła ogromne straty. Odbudowa zniszczonych przez strumień nienawiści krain zajęła wiele dekad. Nikt nie potrafił znaleźć odpowiedzi na pytanie od czego to wszystko się zaczęło. Jakże okrutne uczucie musiało zakiełkować w sercu żywych istot, by doprowadzić do takiego spustoszenia wśród żyjących w harmonii ziemskich ras. I co najważniejsze czy padając niegdyś na podatny grunt będzie w stanie ponownie wydać straszny plon, zagrażając równowadze życia?

Jak często powiadają uczeni, wiele starych przepowiedni twierdzi, że gdy na ziemię zstąpi Mrok, odrodzi się istota obdarzona niezwykłą mocą, by nadać kres okrutnym rządom zła i nienawiści. Mówić o niej będą – Otulona Przez Światło.

Reklamy

Rozdział 4 „Świątynia Izmer”

Słońce ciekawie wyglądało znad gór. Wysokie zbocza, porośnięte bujną roślinnością, skrywały w swym runie najróżniejsze zwierzęta. Pomiędzy gęstymi zaroślami dostrzec można było nory królików oraz lisów. Położone wyżej, wykute w skale, niewielkie jamy, dawały schronienie wilkom. Woda spływała po skalnych urwiskach, tworząc w licznych miejscach malutkie wodospady. Piękne, często nieznane dotąd kwiaty, porastały ogromne połacie tej górskiej kotliny. Patrząc na to wszystko, można by pomyśleć, że owego krajobrazu nie skaziła dotąd żadna ludzka ręka. Jednakże przeczyła temu, położona pośrodku doliny monumentalna budowla. Centralny punt kompleksu kilku budynków otoczonych wysokim murem, stanowiła potężna Świątynia. Po kamiennych ścianach zamku pięły się zielone pnącza gron. W zaokrąglonych oknach tańczyły iskierki promieni słonecznych. Cztery wysokie wieże sprawiały wrażenie jakby swym szczytem chciały dotknąć chmur. W lewym przybocznym budynku znajdowało się dormitorium, refektarz oraz łaźnie. Tam właśnie wielu kapłanów, misjonarzy i uczonych udawało się na spoczynek po wielogodzinnych modlitwach oraz naukach. Prawą, kwadratową budowlę nazywano Świątynią Mniejszą. Tu większość uczniów kultywowało wiarę i poznawało historię zamierzchłych czasów, kiedy to na świecie panował chaos, a niezwykła moc bogini Izmer, pozwoliła uwolnić się od czarnej przyszłości.  

Wejścia na wewnętrzny dziedziniec strzegła żelazna brama. Za murami Świątyni uprawiano żyto, kukurydzę i różnego rodzaju zioła, które po żniwach składowane były w spichlerzu wewnątrz świątynnych murów.

Lukasa obudził dźwięk poruszonego dzwonu. Przekręcił się na drugi bok, zakrywając głowę poduszką, ale ten sygnał nie dawał o sobie zapomnieć. Znali go wszyscy młodsi uczniowie, a oznaczał: „ruszcie się – czas na poranną modlitwę”. Niedługo potem, nadal zaspany, był już w drodze do niewielkiej kaplicy, znajdującej się w budynku Świątyni Mniejszej. Trafił tu ponad dwa lata wcześniej, gdy jego rodzinne miasteczko Nawer zostało napadnięte przez bandę łotrzyków i doszczętnie spalone. Stracił wtedy ojca, który pomijając mocno podeszły wiek, zawsze był młody duchem i stanowił ogromne wsparcie dla niesfornego chłopaka. Lukas sam ledwo uszedł z życiem, dzięki kapłanowi, który odnalazł go nieprzytomnego na szlaku, prowadzącym do niegdyś pięknego Maersan – jednego z trzynastu miast Faerlis. Jego wybawiciel przyprowadził go tu, do świątyni i pomógł mu dostać się w szeregi młodej grupy uczniów. Od tamtej pory już go nie widział. Nawet nie znał jego imienia.

-Luk! – z zamyślenia wyrwał go głos Evarna, który machał do niego z oddali – pospiesz się! Jeszcze jedno spóźnienie i możemy mieć kłopoty!

-Zdążymy! – odparł młodzieniec, podbiegając do przyjaciela. Evarn był jego towarzyszem odkąd zjawił się w tym miejscu. Jego okrągła twarz i taka sama postura współgrały z zabawnym charakterem. Razem nieraz ładowali się w kłopoty, ale jak do tej pory udawało im się unikać większych konsekwencji. W ostatniej chwili obaj wbiegli do kaplicy i zajęli miejsca w jednej z drewnianych ław.

Poranna modlitwa była tradycją, o której każdy młody uczeń nie mógł zapomnieć. Msza rozpoczynała i kończyła się pieśnią. Podczas kazania kapłan opowiadał o zasadach panujących w świątyni, których przestrzeganie nigdy nie było mocną stroną zarówno Lukasa jak i Evarna oraz raczył wszystkich starymi opowieściami o Czasach Niepokoju i początkach powstania tego miejsca. Lukas znał już wiele legend. Najbardziej utkwiła mu w pamięci historia Wojny Chaosu i pola Thanden zasiane szczątkami poległych. Niestety kapłan, w przeciwieństwie do innych historii, przytoczył ją tylko raz i już nigdy więcej do niej nie powrócił. To jednak wystarczyło, by w chłopaku obudziła się tęsknota za ojcem, który zawsze z zapartym tchem rozwodził się właśnie nad tą legendą. Luk nigdy nie zastanawiał się skąd w rodzicu brał się zapał do ciągłego przytaczania historii bitwy pod Thanden oraz miłość i podziw wobec bogini Izmer, która odegrała w niej kluczową rolę.

Z rozmyślań wyrwało go przeciągłe chrapanie. Spojrzał na Evarna, którego ramiona podpierały się o przednią ławę, a na nich spoczywała głowa. Jego charchot zdążył przyciągnąć już uwagę niejednego ucznia, a ślina kapiąca z ust stworzyła niewielką kałużę na marmurowej posadzce. Genialnie – pomyślał Lukas dając koledze kuksańca w bok. Ten jednak nabrał tylko powietrza i z jeszcze głośniejszym chrapnięciem wypuścił je z płuc.

– Ev – syknął Lukas uderzając ponownie nieco mocniej, w efekcie czego przyjaciel szarpnął się jak oparzony, stanął na baczność i zaczął głośno ryczeć w rytm pieśni wieńczącej kazanie. I może wszystko uszło by jeszcze uwadze prowadzącego mszę kapłana, gdyby nie fakt, że był on dopiero w połowie swojego wywodu.

Luk rozejrzał się po przerażonych twarzach innych uczniów, zerknął w kierunku mównicy, na czerwonego ze złości kapłana, po czym westchnął zrezygnowany, podniósł się z ławy i dołączył w śpiewie do swojego zdezorientowanego przyjaciela. I to by było na tyle jeśli chodzi o unikanie kłopotów- stwierdził w myślach.

– Dosyć! – duchowny imieniem Merit, wyglądał jakby miał chęć nabić obu młodzieńców na pal – Lukasie Vertline i Evarnie Peer, czyżbyście próbowali dać mi do zrozumienia, że powinienem zakończyć już mszę? Jego sokoli wzrok przerzucał się z jednego chłopca na drugiego.

– Ee… prze…przepraszam, to moja win… – pierwszy odezwał się Evarn, ale Luk nie pozwolił mu dokończyć.

– Nawet nam to nie przeszło przez myśl kapłanie – przerwał koledze – zapragnęliśmy jedynie oddać cześć bogini Izmer, o której zawsze opowiadasz z takim przejęciem – dokończył, mając nadzieje, że Matka Światła nie będzie mu miała za złe tego wykrętu.

Duchowny odchrząknął dwa razy, nieco połechtany, i już miał odpowiedzieć, gdy niespodziewanie potężny, ogłuszający grzmot wstrząsnął kaplicą. Zaraz potem rozległ się następny. Każdy spoglądał po sobie, nie wiedząc o co chodzi. Lukas przez jeden, głupi moment, pomyślał, że to tylko Evarnowi burczy w brzuchu, ale nawet podczas postu towarzysz nie dopuszczał się do takiego głodu.

Na zewnątrz słychać było niezwykłe poruszenie. Po kilku sekundach do kaplicy wbiegł jeden ze starszych adeptów.

-Wszyscy wyjść!- rozkazał krzycząc- biegnijcie schronić się w głównej świątyni.

Gdy kończył ostatnie zdanie w pomieszczeniu zawrzało. Spanikowani uczniowie chórem wybiegali z ławek by udać się we wskazane miejsce. Lukas i Evarn jako jedni z ostatnich opuścili kaplicę. Na dziedzińcu panował straszny ruch. Wszyscy zmierzali ku świątyni. Luk spojrzał w górę i aż otworzył usta ze zdumienia. Wysoko nad ich głowami połyskiwała w świetle dnia niemal przezroczysta kopuła osłaniająca wszystkie zabudowania. Swymi ramionami sięgała krańca murów, tworząc niezwykłą, magiczną osłonę. W jej powierzchnię raz po raz uderzały ogniste kule, rozlewając płomienie po krystalicznej powierzchni. Młodzieniec zafascynowany stał patrząc w górę. Jakimś cudem do jego uszu doszedł krzyk Evarna.

– Luk! Co ty robisz?! Pospiesz się! Chłopak był naprawdę zdenerwowany. Lukas szybko dołączył do przyjaciela i razem przekroczyli próg Głównej Świątyni. W środku zebrało się już sporo wiernych. Tak naprawdę przez te dwa lata, Lukas był tutaj może z dziesięć razy. Zawsze, kiedy miał miejsce ważny apel, zarówno młodsi jak i starsi uczniowie, zbierali się Świątyni Izmer, by wysłuchać słów Wyższego Kapłana. Był on prawie najwyższy rangą w obowiązującej tu hierarchii. Oczywiście pomijając samego szefa wszystkich szefów, czyli Arcykapłana. Młodzieniec rozejrzał się wkoło, powoli nabierając powietrza. Zawsze podziwiał to miejsce. Wyglądało tak majestatycznie i sprawiało wrażenie, jakby mury ułożone z kolorowego, pięknego kamienia, były niezniszczalne. Sklepienie obsypane licznymi malowidłami wydawało się być ruchome. Witrażowe okna przedstawiały przeróżne, zapewne wyniesione z legend sceny. Najbardziej jednak wzrok przyciągał sam ołtarz. Stał tam tylko jeden, złoty stół, na którym spoczywała najpewniej bardzo stara księga. A za nim, przymocowany wysoko do ściany, ulokowany tuż pod trzema strzelistymi oknami, rozpościerał się ogromny, mozolnie wyszyty, piękny gobelin. Przedstawiał on kobietę o złotych włosach i niezwykle błękitnych oczach. Mimo dojrzałego wieku, jej uroda przywodziła na myśl, skąpane w świetle księżyca wodne nimfy lub syreny wabiące swym śpiewem zagubionych żeglarzy. Nie to, żeby Luk osobiście kiedykolwiek widział takowe istoty, ale to porównanie wydawało się jak najbardziej pasować do niezwykłej postawy przedstawionej tu bogini. Jak łatwo było się domyślić, na gobelinie wyszyto postać samej Izmer – Matki Światła. Na jej głowie spoczywał diadem składający się z pięciu, kryształowych gwiazd. Każda z nich była innego koloru: niebieska, zielona, szara oraz czerwona. Ostatnia z nich, ale znajdująca się pośrodku, zdawała się być zwykła, przezroczysta ,jednak to ona najbardziej przyciągała spojrzenie swym krystalicznym blaskiem. Lukas nie mógł nadziwić się wyjątkowym zdolnościom osoby, która wykonała ów wizerunek. Przeniósł wzrok na ołtarz. Wyższy Kapłan korzystał w tej chwili z obitej skórą starej księgi. Jego słowa układały się w znaną wszystkim modlitwę. Luk wraz z przyjacielem zajął stojące miejsce przy jednej z pierwszych ław.

– Pokój z tobą bogini Izmer – Pani Światła. Otocz nas swoją opieką, osłaniaj nasze serca i prowadź ku światłości. Głos prowadzącego niemal przebrzmiewał nad zewnętrznym hałasem. Kapłan uparcie wydobywał słowa z otwartej księgi, a wszyscy potwierdzali je, wypowiadając ciągle to samo, początkowe zdanie. Niespodziewanie Luk poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się naprędce i zobaczył przed sobą mężczyznę ubranego w dziwne szaty. Tak naprawdę, patrząc po stroju sam nie był pewny czy to duchowny czy żołnierz. Dopiero, gdy u podstawy ramienia dostrzegł wyszyty, znany mu symbol, zorientował się, że człowiek ów należał do wąskiego grona tak zwanych Misjonarzy. Z tego co wiedział, szerzyli oni naukę Izmer poza granicami Świątyni, a dobór osób zajmujących się tą profesją był dziwacznie pokręcony.

-Lucasie Vertline – rzekł nieznajomy- chodź ze mną. Arcykapłan chciałby cię widzieć. Luk w sekundę zastanowił się czy wygląda tak samo głupio, jak się czuje. Z wrażenia jego szczęka opadła do kolan, a oczy przypominały dwie wyłupiaste kule. Nie znał tego gościa. Obejrzał się na Evarna, ale ten tylko wzruszył ramionami równie zdezorientowany jak on.

-K… kto robi co? – wydukał chłopak, zwracając się z powrotem do nieznajomego.

-Arcykapłan chciałby cię widzieć – ponownie usłyszał słowa, które teraz niemal zagłuszył rumor dziejący się na zewnątrz Świątyni – to pilne – głośniej, lecz nadal spokojnie podkreślił mężczyzna.

Zdezorientowany Lucas, odetchnął trzy razy, zebrał się do kupy i ruszył za kapłanem. Nim zrobił jednak trzy kroki, odwrócił się na pięcie i wrócił do Evarna.

– Ev, uważaj na siebie- podał przyjacielowi dłoń- Spotkamy się wieczorem, przy kwaterach, jak już pogadam ze staruszkiem i dowiem się czego chce. Mrugnął porozumiewawczo.

– Dobra – Evarn oddał uścisk – powodzenia i do zobaczenia wkrótce. Lukas skinął głową i pobiegł za oddalającym się Misjonarzem. Nie wiedząc czemu odniósł dziwnie niemiłe wrażenie, że widzi przyjaciela po raz ostatni.

Rozdział 1 „Niezwykły prezent”

-Mamo! – przerażony krzyk Akiry odbił się echem w ścianach jednego z domostw niewielkiej osady o nazwie Eldakar. Matka natychmiast znalazła się przy dziecku.

– Już dobrze, kochanie – delikatnie przemawiała do zapłakanej córki, tuląc ją w ramionach – to tylko zły sen.

-Tam było tak ciemno – łkając tłumaczyła się dziewczyna – wszędzie tylko śmierć i ogień. Chciałam biec, ale nie miałam dokąd uciekać. Jej śliczną twarz okalały kruczoczarne włosy, a w błękitnych oczach lśniły łzy. Widać było, że z trudem łapała oddech.

-Już w porządku – Serlena pocieszała dziecko. Ostatnio robiła to coraz częściej, a powodem zawsze były koszmary – nic ci nie grozi skarbie. To wszystko tylko ci się przyśniło – dodała łagodnie. Wygodniej ułożyła się na posłaniu córki i okryła ją kołdrą. Akira nadal przestraszona spojrzała na matkę.

-Czy… on po mnie przyjdzie? – spytała cicho.

– Kto? – kobieta zdawała się być szczerze zaskoczona.

-Mężczyzna ze snu.

Serlena uważnie przyjrzała się córce. Chyba bardziej nie mogła już się martwić. Westchnęła głośno.

-Posłuchaj, Aki – zaczęła, ujmując dłoń nastolatki – koszmary mają to do siebie, że są przerażające. Ale to jednak tylko sny, które nie posiadają żadnej władzy nad rzeczywistością. Zastanowiła się przez chwilę.

– Mam pomysł! – uśmiech rozświetlił przemęczoną twarz kobiety – pamiętasz twoją ulubioną piosenkę, którą śpiewałam ci niegdyś do snu? Dziewczyna skinęła głową. Gdy była mała uwielbiała tą kołysankę. Serlena mrugnęła porozumiewawczo do nastolatki.

– Może nie masz już pięciu lat – zaczęła – ale myślę, że moc takich pieśni jest ponadczasowa. Akira rozbawiona parsknęła śmiechem. Matka zawsze wiedziała, jak poprawić jej humor. Ostatnio ratowała ja niemal każdej nocy. Położyła głowę na miękkiej poduszce i zamknęła oczy słysząc piękną melodię nuconą przez kobietę.

Śpij, słodko śnij.

Niech Anioły ześlą błogi sen.

I usłysz w nim melodyjny, cichy śpiew.

Blask gwiazdki tej niech oświetli nocy mrok.

A ty już śpij, nim usłyszysz pierwszy świtu krok.

Czar dawnej kołysanki musiał zadziałać, gdyż dziewczyna po niedługiej chwili zapadła w spokojny sen.

***

-Aki! Gdzie jesteś? – głos Kalla odbijał się echem wśród grupy leśnych skał. Było to ulubione miejsce trójki nastolatków z osady Eldakar. Mała polanka otoczona głazami, po których pięły się zielone pnącza bujnej roślinności, stanowiła wspaniały plac schadzek. Z najwyższego skalnego urwiska spływał niewielki wodospad, który niżej zamieniał się w strumyk. Ten zaś przecinał środek polany, by potem zaginąć gdzieś pomiędzy drzewami lasu.

Niespełna dwunastoletnia Akira z coraz większym rozbawieniem patrzyła ze swej kryjówki na przyjaciela. Już miała wybuchnąć głośnym śmiechem, gdy nagle coś chwyciło ją za ramię. Wystraszona podskoczyła, odwracając się twarzą do napastnika.

-Eryk! – warknęła patrząc na brata. Znów popsuł jej zabawę.

– Czyżbym cię wystraszył boi dudku? – spytał, pokładając się ze śmiechu. Jakby faktycznie było z czego się śmiać.

-Nie jestem boi dudkiem – odpowiedziała, szczerze rozgniewana. Kall podszedł do nich i w niemym geście pokazywał Erykowi by ten nie kontynuował przekomarzań.

-Boi dudek, boi dudek! – chłopak nie dawał za wygraną – zawsze masz stracha, bekso. Broda nastolatki powoli zaczęła drgać.

-Nieprawda- krzyknęła ze łzami w oczach.

-Tak? – Eryk wziął się pod boki – To może opowiem ci jakoś ciekawą historię? Na przykład o smoku ludojadzie? Jego rozbawienie sięgało zenitu. Uwielbiał drażnić się z siostrą.

-Nie kłóćcie się – przerwał im szybko Kall, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. Nie zdążył jednak załagodzić sytuacji, bo w tym samym momencie Akira wybuchła płaczem i pobiegła w stronę osady, pozostawiając za sobą chłopców. Przez moment obaj patrzyli w osłupieniu, jak znika pomiędzy wysokimi krzewami, broniącymi wejścia na polanę.

-Znów ją wystraszyłeś – stwierdził ponuro Kall. Eryk wzruszył ramionami.

– Ona boi się wszystkiego – dodał nic sobie nie robiąc z komentarza przyjaciela – zaczynając od starych opowieści, a na małym robaku kończąc. Kall pokręcił z powątpiewaniem głową.

– Przesadzasz – oznajmił sucho – Dobrze wiesz, że ostatnio nie jest sobą. Poza tym niektóre z legend są naprawdę przerażające – uparcie przekonywał kolegę – a ty karmisz ją nimi odkąd skończyła pięć lat. Młodzieniec prychnął. Nachylił się i podniósł niewielki kamyk, wyrzucając go przed siebie daleko w las. Przez moment wahanie odbiło się na jego twarzy.

– To było dawno temu – odparł w końcu. Kall westchnął zrezygnowany. Koledze ciężko było przemówić do rozsądku. Gdy już się na coś uparł, walił prosto z mostu, nie patrząc na konsekwencje. W szczególności jeśli chodziło o jego siostrę.  

– Nie zmienia to faktu, że pewnie nadal dręczą ją koszmary – fuknął zdegustowany.

– Przestań bronić tę beksę! – Eryk spojrzał rozgniewany na przyjaciela. W tym samym momencie usłyszeli grzmot. Na niebie pojawiły się chmury zwiastujące deszcz.

– Dawno nie padało – korzystając z okazji Kall zmienił temat. Kłótnia to była ostatnia rzecz, na którą miał teraz ochotę – wracajmy, pewnie na nas czekają. Jego rozmówca przytaknął tylko skinieniem głowy i obaj ruszyli z powrotem do wioski.

***

Akira biegła ile sił w nogach. Deszcz, który złapał ją w drodze powrotnej do domu zmył ślady łez z jej policzków. Była wkurzona, że znów pozwoliła sprowokować się Erykowi. I jak zwykle wyszła na totalną beksę, a przecież nie należała do tego typu osób. Jednak ostatni koszmar wybił ją z równowagi. Poczuła dreszcz płynący wzdłuż kręgosłupa na wspomnienie mężczyzny, a raczej bestii, która nawiedzała ją w snach. Minęła kilka budynków od północnej strony wioski i ujrzała niewielką aczkolwiek zadbaną chatę z bocznym, bujnie okraszonym kwieciem ogródkiem. Dom – miejsce, które kochała najbardziej na świecie. Może nie był to pałac, o jakim marzyły nastolatki w jej wieku, ale Akira nigdy nie narzekała, na warunki w jakich przyszło jej żyć. Wręcz przeciwnie – była zadowolona, że daleko jej do zadufanej w sobie panienki z wielkiego miasta, która nie umiała zawiązać rzemyka przy bucie. Ona sama chwytała życie pełnymi garściami i nie uciekała od ciężkiej pracy. Rozmyślając, zdyszana wbiegła do kuchni.

– No, wreszcie – Serlena odwróciła się w stronę wchodzącej córki.

-Och! – przebiegła wzrokiem po przemoczonej do suchej nitki postaci – jak ty wyglądasz? Przebierz się, osusz włosy i chodź na obiad. Dziewczyna pobiegła wykonać polecenie. W drzwiach zderzyła się z ojcem.

-Ops – Daren pochwycił córkę i okręcił ją wkoło, wywołując salwy śmiechu u nastolatki – a gdzież to mój kwiatuszek się włóczył, że tak zmókł? – zapytał.

– Byliśmy z Erykiem i Kallem na naszej polanie – odpowiedziała, stając z powrotem na nogach. Tylko tacie pozwalała jeszcze nazywać się kwiatuszkiem.

-Zaprosiłaś już wszystkich na swoje jutrzejsze przyjęcie urodzinowe? – Daren mrugnął porozumiewawczo do córki.

– Tak, tato – uśmiech nie schodził z jej twarzy. Długo czekała na ten moment. Urodziny były jednym z nielicznych dni w roku kiedy to zamiast obowiązków i nauki mogła cały czas poświęcić na same przyjemności. Mieszkanie w osadzie pośrodku jednego z większych lasów nieopodal Wzgórz Królewskich nie należało do najłatwiejszych. Dojście do głównego traktu prowadzącego w kierunku małego miasteczka o nazwie Tern zajmowało prawie godzinę. Stamtąd dwie godziny marszu w dół zbocza i dopiero docierało się na miejsce. Akira wraz z matką bywały tam w zależności od potrzeb. Ostatnio dwa dni temu wróciły z całym naręczem pakunków w związku z nadchodzącymi urodzinami dziewczyny.

– Daren, Aki, obiad na stole – usłyszeli dochodzący z kuchni głos.

– Biegnij się przebrać – mężczyzna pospieszył córkę, wskazując kuchenne drzwi. Jego mina mówiła jasno: „nie zadzieraj z mamą”. Dziewczyna uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Co do tego – nie potrzebowała ostrzeżenia. Po chwili wszyscy troje usiedli do wspólnego posiłku. Dziś serwowano mięso indycze z dużym bukietem warzyw. Już sam zapach gorącej strawy zachęcał do skosztowania.

– A gdzie znowu podziewa się Eryk? – spytała Serlena, podnosząc do ust widelec. Nikt nie zdążył odpowiedzieć, bo w tym samym momencie w progu pojawił się przemoczony chłopak.

– O wilku mowa – Daren wymownie spojrzał na syna – Doprowadź się do porządku i chodź na obiad. Eryk rzucił Akirze rozbawione spojrzenie i pobiegł do swojego pokoju. Po chwili wrócił, a jego jasne, wilgotne włosy wyglądały jakby spotkał po drodze tornado. Sucha koszula pospiesznie narzucona na ramiona prawdopodobnie leżała od dłuższego czasu zmięta w kącie.

– Smacznego – Serlena podsunęła synowi talerz z jedzeniem, wzdychając przy tym teatralnie. On tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu i po chwili cała rodzina przy pogodnej rozmowie spożywała posiłek.

***

Nadszedł dzień urodzin. Akira kończyła dziś trzynaście lat. Cały dom wypełniony był gwarem, śmiechem nastolatków i rozmową dorosłych. Pyszne, okrągłe ciasto o smaku truskawek i jeżyn było jednocześnie urodzinowym tortem. Dziewczyna dostała prezenty od rodziny i przyjaciół. Ojciec podarował jej pięknie wykonany łuk, o którym zawsze marzyła, a matka starannie uszytą torbę z wieloma kieszeniami i o dziwo dodatkową przegródką przeznaczoną na strzały. Eryk natomiast wręczył siostrze ogromny bukiet polnych kwiatów, co ogromnie ją zdziwiło, a zarazem ucieszyło. Bardzo podobał jej się również podarunek Kalla. Na dnie małego zawiniątka spoczywała prześliczna, srebrna broszka w kształcie motyla. Jego skrzydła mieniły się kolorami i wzorami jakich mogłoby pozazdrościć żywe stworzenie. Akira przesuwała palcem po gładkiej powierzchni podziwiając zdobienia. Cieszyła się, że ma takiego przyjaciela jak Kall. Co prawda na początku nie znali się za dobrze, ponieważ chłopak spędzał więcej czasu z jej bratem, z racji wspólnego wieku oraz zainteresowań. Ona – po pierwsze dziewczyna, do tego sporo młodsza i po drugie – co ważniejsze, wiecznie sprzeczająca się ze swoim bratem. Dopiero kilka lat temu udało jej się złapać wspólny język z Erykiem i łaskawie doznać zaszczytu towarzyszenia im w wielu wspólnych wyprawach. Jeżeli włóczenie się po lesie, idiotyczne walki na pobliskim placu, służącym za boisko i wycieczki do Tern po niektóre produkty spożywcze czy lekarstwa można było nazwać prawdziwą wyprawą. Jednakże ten wspólnie spędzany czas wystarczył, by cała trójka stała się nierozłączna. Oczywiście Eryk nigdy by nie przyznał, że zależy mu na siostrze. Wieczne przekomarzania i żarty miały zapewne zatuszować fakt, że mimo wszystko ceni sobie jej towarzystwo. Kall natomiast stanowił zupełne przeciwieństwo jej brata, nie tylko z wyglądu, ale również zachowania. Zawsze opanowany i spokojny, starał się łagodzić sytuacje pomiędzy nią a Erykiem, a wszystkie jej dziecięce wybryki traktował z przymrużeniem oka. Wiedziała, że może na niego liczyć w każdej sytuacji, podobnie zresztą jak na brata.

Kall mieszkał w drugim końcu wioski wraz z matką i dwiema młodszymi siostrami. Jego ojciec zginął gdy syn miał zaledwie dziesięć lat i od tamtej pory chłopak przejął większość obowiązków dorosłego mężczyzny. Być może dlatego niejednokrotnie Eryk dał po sobie poznać, że przyjaciel stanowi dla niego autorytet. Wspólnie pomagali sobie przy wielu ciężkich pracach będąc w ten sposób powodem do dumy wśród członków obu rodzin. Mimo to Akira nie czuła się w najmniejszym stopniu odsunięta na drugi plan. Wręcz przeciwnie. Rodzice z zapałem wspierali ją w zdobywaniu nowych umiejętności, a trzeba było przyznać, że interesowała się wszystkim co wpadło jej w ręce. Czytanie, malowanie, strzelanie z łuku, jazda konna, pływanie, wspinanie się, a nawet rzucanie sztyletami do celu znajdowały się w kręgu zainteresowań młodziutkiej kobiety. Dzielnie dotrzymywała kroku obu chłopcom, a swoim sprytem i pomysłowością potrafiła im niejednokrotnie zaimponować. Jedyną jej słabością były… sny. Akira często miewała koszmary, które napawały ją obrzydzeniem i strachem. A w połączeniu z ulubionymi przez jej brata opowieściami o wojnach, okrutnych zbrodniach czy krwiożerczych bestiach sprawiały, że zazwyczaj wpadała w panikę i wybuchała płaczem. To jednak nie zmieniało faktu, że cała trójka dzieciaków była sobie bardzo bliska. Co prawda Akira miała też wiele koleżanek, ale zajęcia typowo damskie szybko jej się nudziły, więc większość czasu spędzała w towarzystwie Eryka i Kalla. Poza tym przyjaciółki bezustannie zachwycały się jej, jak to określały – „nieziemską” urodą – co drażniło ją dobitnie, bo sama nigdy nie zwracała uwagi na to jak wygląda. Patrząc na siebie w lustrze widziała zwykłą nastolatkę z długimi prawie do pasa, kruczo czarnymi włosami, które zwykle zaplatała w warkocz, nieco zadartym, niewielkim nosem, małymi ustami i jak na jej gust – zbyt dużymi i zbyt niebieskimi – oczami. Rozmyślając przypinała właśnie broszkę do nowej torby, gdy ktoś zapukał do drzwi. W progu pojawili się rodzice.

– Aki, mamy dla ciebie coś jeszcze – rzekł ojciec sadowiąc się obok córki. Serlena usiadła z drugiej strony posłania, pokazując dziewczynie starą kopertę i niewielkie pudełeczko.

– To prezent od twojego dziadka – oznajmiła – prosił byś dostała go w swoje trzynaste urodziny, więc oboje z tatą chcemy ci go przekazać. Dzisiejszy dzień opiewał w tyle niespodzianek, że zapewne jeszcze jedna nie zaszkodzi – dokończyła mrugając do córki. Solenizantka spojrzała na podarunki, które trzymała jej mama. Była szczerze zaskoczona nowym prezentem.

– Nie pytaj – jakby odgadując jej myśli, zaczął mówić Daren- nie wiemy, co jest w środku. Dziewczyna uśmiechnęła się zaciekawiona, przyjmując upominek wraz z kopertą.

– No, moja panno – mężczyzna czule ucałował córkę – myślę, że jutro na spokojnie obejrzysz zawartość, a teraz pora już spać. Serlena przytuliła dziewczynę i oboje wstali do wyjścia.

– Mamo, tato – głos Akiry zatrzymał ich w progu – chciałam podziękować wam za cały dzisiejszy dzień. To były wspaniałe urodziny – patrzyła radośnie na rodziców – bardzo was kocham. Oboje jak zawsze odpowiedzieli uśmiechem, zaglądając sobie w oczy. Ich miłość była widoczna na każdym kroku. Nastolatka po raz kolejny stwierdziła, że ma najwspanialszych rodziców na świecie.

– My ciebie też, skarbie – odparła wzruszona Serlena i wraz z mężem opuściła pokój córki.

Akira spojrzała na niewielkie pudełko trzymane w dłoniach, do którego załączona była wyblakła już koperta. Nie pamiętała dziadka, toteż nie wiedziała czego może się spodziewać po otrzymanym prezencie. Jednakże z niewiadomych powodów odniosła dziwne wrażenie, że zawartość tego podarunku na zawsze odmieni jej życie. Nie wiedziała tylko czy na lepsze czy gorsze. Może właśnie dlatego odłożyła zawiniątko na szafkę przy łóżku decydując, że zmierzy się z nim jutro. Zgasiła knot lampy i wygodnie ułożyła się na posłaniu, czekając aż nadejdzie sen.

Rozdział 2 „Strata”

Obudziła się w środku nocy. Od razu wyczuła, że coś było nie w porządku. Rozejrzała się po pokoju. Nagle ciszę przerwał potężny huk. Do środka wbiegł jej tata. W oczach mężczyzny błyszczał strach.

– Aki! Ubierz się i spakuj najpotrzebniejsze rzeczy – rzekł pospiesznie – musimy uciekać. Dziewczyna zdezorientowana spojrzała na ojca, ale nie czekając na wyjaśnienia, zerwała się z łóżka.

– Szybko – rzucił i wybiegł z pomieszczenia. Chwilę potem ubrana, z torbą na plecach i łukiem w ręku już chciała opuścić pokój, gdy nagle o czymś sobie przypomniała. Podeszła do szafki przy łóżku i zabrała jeszcze nie rozpakowany prezent od dziadka wraz z kopertą. Przeczucie podpowiadało jej, że nie może o nim zapomnieć. Kiedy chowała go do plecaka rozległ się krzyk jej matki, a tuż za nim jeszcze bardziej przeraźliwy wrzask ojca. Wystraszona szykowała się właśnie, by pobiec do rodziców, gdy nagle zamarła w miejscu. Jakiś cień przesunął się za progiem. Zanim drzwi do pokoju stanęły otworem, instynktownie schowała się pod łóżko. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Akira przyglądała się jak jego buty powoli zbliżają się do posłania. Poczuła dreszcz biegnący po jej ciele. Wstrzymała oddech.

– Tu pusto – odezwał się chropowaty, nieprzyjemny głos. Nieznajomy wycofał się powoli, opuszczając jej sypialnię. Zastanawiając się, czy nie stoi za progiem, dopiero po dobrych paru sekundach wypuściła wstrzymywane w płucach powietrze. Niespodziewanie ktoś ponownie wbiegł do pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi.

– Aki! Jesteś tu? – usłyszała cichy szept Eryka. Czym prędzej wydostała się z pod łóżka i rzuciła w ramiona brata. Tak bardzo chciała wiedzieć co się dzieje.

– W porządku – pocieszał siostrę przytulając do siebie. Sekundę po tym, odsunął ją zaglądając dziewczynie w oczy – posłuchaj Aki. Nie mamy wiele czasu. Musimy jak najszybciej wydostać się z wioski. Tu nie jest bezpiecznie. Jakby na potwierdzenie jego słów na zewnątrz rozległ się kolejny wybuch. W oknie dziewczyna dostrzegła jasną łunę. To nie mogło wróżyć nic dobrego – stwierdziła w duchu. Na pewno nie w środku nocy.

– A rodzice? – spytała zdezorientowana, chcąc jak najszybciej sprawdzić, co się z nimi dzieje. Na twarzy Eryka pojawił się wyraz udręki i bólu. Nastolatka poczuła, jak zbiera jej się na mdłości. Chyba jednak nie chciała znać odpowiedzi.

– Rodzice… odeszli. Słowa, wypowiedziane przez brata, zaczęły boleśnie wgryzać się w myśli dziewczyny, która usilnie próbowała zaprzeczyć ich znaczeniu. Odeszli? W jakim sensie? Uciekli? W tym momencie, miała nadzieję, że właśnie o to chodziło Erykowi.

-Oni…nie żyją, Aki – jego zduszony głos, świadczył o tym, jak ciężko było mu wypowiedzieć te słowa – Ale my musimy… – nie dokończył, bo przez okno wpadła strzała z podpalonym grotem, roztrzaskując szkło na wszystkie strony. Pokój od razu wypełnił się dymem.

– Uciekamy! – Eryk złapał siostrę za rękę. W ostatniej chwili schwytała łuk i oboje skierowali się do jego pokoju. Biegnąc czuła, jak ból ściska jej żołądek, a serce uderza nierównym rytmem. Rodzice nie żyją – ta myśl ciążyła jej jak żadna przedtem. Jeszcze wczoraj, śmiali się radośnie, bawiąc gości na urodzinowym przyjęciu. A teraz miała ich już nie zobaczyć? Wbiegli do sypialni Eryka. Chłopak otworzył okno i rozejrzał się wkoło. Ponieważ chata stała na skraju wioski, kilkadziesiąt metrów przed nimi widniały gęste zarośla prowadzące w głąb lasu.

– Wyjdziemy tędy – rzucił i podskakując szybko wydostał się na zewnątrz. Stanął po drugiej stronie framugi i wyciągnął ręce w kierunku siostry. Aki podała bratu łuk, po czym z jego pomocą wydostała się z domu. W powietrzu unosił się dym i smród palonych chałup oraz ciał. Rozbiegani ludzie wrzeszczeli w niebogłosy, nawet nie próbując ratować swojego dobytku. Kątem oka dostrzegła, jak potężny jeździec na czarnym koniu, wymachuje długim mieczem, raniąc tych, którzy nieopatrznie stanęli mu na drodze. Dziewczyna przerażonymi oczyma wpatrywała się w okrutny obraz. Eryk objął siostrę, zasłaniając widok i kierując oboje w stronę pobliskiego lasu. Nagle ktoś zaszedł ich od tyłu. Chłopak już miał zadać cios, gdy spostrzegł, że przed nimi stoi Kall. Cały umorusany i podrapany wyglądał jakby stoczył walkę z żywiołem. Jedynie jego szare oczy o przenikliwym spojrzeniu wciąż wskazywały, że to ten sam chłopak. Akira cisnęła się w ramiona przyjaciela.

– Już dobrze, maleńka – na moment, przytulił ją do siebie. Jego ramiona zawsze wydawały się takie bezpieczne. Jakby miały moc odganiania wszelkich koszmarów. Eryk zniecierpliwiony rozglądał się wkoło. Dym szczypał w oczy, a błagalne wrzaski pozostałych przy życiu mieszkańców wioski napawały strachem.

– Musimy uciekać – zwrócił się do pozostałej dwójki. Kall skinął głową.

– Możemy schować się w jaskini na naszej polanie – poddał pomysł. Wystarczyło jedno spojrzenie i cała trójka biegiem udała się w wyznaczonym kierunku.

– Przeczekamy tam dopóki nie zrobi się bezpie… – zaczął Eryk. Nie dokończył jednak zdania, gdyż w tym samym momencie nad ich głowami przeleciało kilka strzał. Jedna z nich trafiła chłopaka w prawy bark. Zatoczył się niezgrabnie i upadł na ziemię. Kall natychmiast znalazł się przy przyjacielu chwytając go za ramiona. Przerażona Akira klęknęła z drugiej strony.

– Bracie! – krzyknęła spanikowana. Wzięła w ręce jego dłoń. Kall próbował ocenić jak głęboka jest rana, ale wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zauważyć, że grot przeszedł na wylot, rozszarpując skórę i mięśnie. Krew powoli zabarwiała materiał kamizeli.

-Cii…- Eryk mocniej ścisnął dłoń siostry – nic mi nie będzie. Musicie uciekać. Zakasłał. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Chyba oszalał.        

– Nie ma mowy – odparła szybko – nie zostawimy cię.

-Posłuchaj – chłopak mówił powoli, co rusz łapiąc oddech – nigdy nie wątpiłem, że jesteś odważna. Nie pozwól bym teraz zmienił zdanie. Musisz jak najszybciej dotrzeć do naszej kryjówki i za żadne skarby, nie wolno ci stamtąd wyściubić nosa – Jęknął z bólu- rozumiesz?

– Sama nigdzie nie idę. Kall spojrzał na przyjaciółkę.

– Aki, biegnij w stronę polany, ja pomogę Erykowi – rzucił stanowczo. Podmuch wiatru przyniósł ze sobą gorąc bijący od palących się domostw. Śmierdzące opary drażniły gardło i szczypały w oczy.

– Kall ma rację. Schowaj się i obiecaj, że nigdzie się stamtąd nie ruszysz, póki nie zrobi się bezpiecznie – dodał szybko Eryk. Pot rzeźbił sobie ścieżki po jego twarzy. Oczy nastolatki zaszły łzami.

– Nie zostawię was – wykrzyczała. Silny wybuch ponownie wstrząsnął ziemią. Dziewczyna spanikowana obejrzała się przez ramię. Ich dom stał w płomieniach, które powoli trawiły jego walące się już ściany. Po ukochanym ogrodzie jej matki pozostały tylko zgliszcza. Miejsce, w którym wychowywała się tyle lat, gdzie przeżyła wiele wspaniałych chwil, w jednej sekundzie przemieniło się w pożeraną przez ogień ruinę.

– Aki! – trzaski łamiących się konstrukcji, zagłuszały zniecierpliwiony głos Kalla – błagam uciekaj, zaraz do ciebie dotrzemy! Niepewnie spojrzała na brata, czując jak ściska jej się serce.

– Obiecaj – powtórzył Eryk bezgłośnie, patrząc siostrze w oczy. Po policzku Akiry spłynęła pojedyncza łza. Jeszcze raz mocniej ścisnęła jego dłoń.

– Obiecuję – wydusiła wreszcie, choć to słowo paliło ją jak rozżarzone żelazo.

– Będę na was czekać – schwyciła leżący na ziemi łuk, zerknęła znacząco na Kalla i pędem rzuciła się w stronę niedalekich drzew. Widział jak dziewczyna znika w otchłaniach dymu.

– Opiekuj się nią – usłyszał głos Eryka. Wrócił spojrzeniem do rannego przyjaciela.

– Wydostanę cię stąd – stwierdził stanowczo, delikatnie podnosząc go z ziemi. Eryk zdrową ręką oparł się na koledze, głośno pojękując. Widać było, że każdy ruch sprawia mu ogromny ból. Krok za krokiem, przybliżali się jednak do ściany lasu, w kierunku której pobiegła Akira.

– Kall – Eryk sapał przyjacielowi do ucha – oboje wiemy, że to na nic. Rana jest zbyt głęboka. Nawet jeśli dotrzemy na polanę, nie mamy nic co pomogłoby zatamować krwawienie. Ten jednak wydawał się być głuchy na słowa rannego chłopaka. Wciąż nie dawał za wygraną, ciągnąc ze sobą młodzieńca. Płomienie zewsząd strzelały w górę, buchając gorącem, a wiatr szarpał porozrzucane części palących się zagajników i – jakby na złość – podsuwał pod nogi obu chłopcom. Eryk potknął się o wystający z ziemi kawałek zwęglonego ogrodzenia, ale przyjaciel trzymał go mocno, nie pozwalając mu upaść. Z zaciśniętą szczęką uparcie kierował ich w stronę zarośli, gdzie w głębi poszycia ukryta była ścieżka prowadząca na upragnioną polanę. Starał się nie zauważać jak jego przyjaciel powoli słabnie coraz rzadziej przeplatając nogami. Złapał go mocniej pod zdrowe ramie, ale Eryk jęcząc zaczął osuwać się na ziemię.

– Kall, nie dam rady – sapał zdyszany – musisz uciekać.

– Nie ma mowy – nastolatek próbował pomóc mu wstać – wydostanę cię stąd. Jednak Eryk nie miał zamiaru dalej się ruszać. Oparł głowę o leżący obok wielki głaz i przymknął oczy. Kall rozejrzał się wkoło. Wszędzie tylko płomienie, dym i walący się gruz. Nigdzie nie widział napastników, którzy rozpętali to piekło. Odwrócił się do tyłu. Byli już tylko kilkanaście metrów od niewielkiej kępy dzikich jeżyn, za którą rosły coraz wyższe krzewy i zaczynał się las. Schylił się by wziąć na ręce przyjaciela, ale tamten odsunął go kręcąc głową.

– Opiekuj się nią – wydyszał słabo, podając koledze dłoń.

– Razem to zrobimy- rzekł stanowczo Kall. Tak bardzo chciał dodać koledze otuchy – tylko wytrzymaj jeszcze chwilę. Niestety Eryk był już na wpół przytomny. Resztkami świadomości, spojrzał w oczy przyjaciela i uśmiechnął się na pożegnanie.

– Nie – rozpaczliwie krzyknął Kall, delikatnie potrząsając ciałem rannego chłopca. To nie mogło tak się skończyć. Ich trójka musiała przetrwać.

– Opiekuj się moją siostrą, przyjacielu – powiedział cicho Eryk i odszedł do krainy wiecznego snu.

***

Akira szybko przedzierała się przez gęste zarośla. Gałęzie szarpały jej włosy i kaleczyły ramiona, ale nie baczyła na nic prąc do przodu, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Nieopatrznie potknęła się o wystający korzeń i upadła na pokrytą mchem ziemię. Usłyszała za sobą tętent kopyt. Jeźdźcy byli już blisko. Musieli zauważyć jak przemykała przez zagajnik kierując się w głąb lasu. Zbierając ostatki sił, wstała i ruszyła dalej. Na moment przeszło jej przez myśl, by próbować jakoś zmylić napastników i pokierować inną drogą, ale na to nie było już czasu. Wreszcie jej oczom ukazał się rząd potężnych, wysokich na kilkanaście metrów świerków, za którymi znajdowało się zejście do niewielkiej doliny, gdzie ukryta była polana. Pokonując ostatnie metry, przebiła się przez iglaste przeszkody i delikatnym urwiskiem, przyklękając, zsunęła się w dół. Dwie wysokie turnie otaczały polanę swym skalistym murem, a przy przeciwległym wodospadzie wyryta była niewielka jaskinia, której wejścia broniły gęste, dzikie zarośla. O tej skrytce wiedzieli tylko ona, Kall i Eryk. Pozostałe dzieciaki z wioski nigdy nie zapuszczały się w te rejony lasu, a dorośli polowali w bogatych w zwierzynę, wschodnich częściach boru. Dziewczyna szybko zaszyła się w ukryciu, starannie osłaniając wejście do groty. Wiedziała, że jeśli jakimś cudem ją tu znajdą, nie będzie miała możliwości ucieczki. Z jaskini było tylko jedno wyjście. Czekała nasłuchując czy nikt nie nadjeżdża, a przedłużająca się cisza napawała ją zarówno lękiem jak i nadzieją. Minęło dobrych kilkanaście minut nim odważyła się odrobinę uchylić leśną zasłonę, by zerknąć czy na dobre zgubiła swój pościg. Niestety po chwili na polanę wjechało trzech uzbrojonych jeźdźców. Dwóch z nich odzianych w drewniane kolczugi zsiadło z koni, rozglądając się dookoła. Ciemności rozświetlały im trzymane w dłoni pochodnie.

– Szukać! – wydał rozkaz trzeci. Wyglądał najgroźniej z całej bandy. Oprócz zbroi miał na sobie czarny, długi płaszcz z kapturem, który skutecznie ukrywał rysy jego twarzy. Przerażona Akira wstrzymała oddech kiedy podjechał bliżej zarośli i odwrócił głowę w stronę wejścia do groty. Przez moment pomyślała, że jego zasłonięte kapturem oczy dostrzegły jej drobną postać, przylepioną do ściany jaskini. Jeszcze tylko krok dzielił ją od zguby. Poczuła jak strach łapie ją za gardło, więc przełknęła cicho ślinę i zamknęła oczy. W tym momencie w oddali rozległ się głos jednego z pozostałych jeźdźców.

– Panie, polana jest czysta – zakomunikował. Jej prześladowca odwrócił się w stronę towarzyszy.

– Na konie – rozkazał ochryple, wymachując przy tym ręką, w której trzymał pochodnię – wracamy do wioski szukać niedobitków. Jeszcze raz obejrzał się wkoło i ruszył przodem w stronę ścieżki prowadzącej z powrotem do lasu.  

Akira przez długi czas siedziała w ciszy wpatrując się przez odchylone liście na opuszczoną polanę. Próbowała dojrzeć jak z ciemności wyłania się Kall wraz z Erykiem. Odniosła wrażenie, że głośne bicie jej serca zagłusza nawet szum płynącego wodospadu. Modliła się w duchu, by powracający do wioski napastnicy, nie spotkali po drodze obu chłopców. Czas mijał, a na horyzoncie nie pojawiała się żadna bliska jej osoba. Pełna złych przeczuć, chciała pobiec w stronę osady, ale bała się, że w ciemności mogłaby przeoczyć ukrywających się gdzieś w lesie młodzieńców. A gdyby dotarli tu wreszcie i zauważyli, że jej nie ma, zapewne udali by się bezzwłocznie na poszukiwania nie bacząc na stan rannego Eryka. Poza tym była jeszcze obietnica, jaką złożyła bratu. A on doskonale zdawał sobie sprawę, że traktuje takie rzeczy bardzo poważnie. Kwadranse mijały, a nastolatka bijąc się z myślami wypatrywała chłopców. W końcu zmartwiona i przerażona zasnęła tuż przed świtem.

Obudziła się gdy słońce zaglądało do groty przez zielone porośla. W pierwszym momencie nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale za sekundę wszystko do niej dotarło. Krew zastygła w jej żyłach. Skoczyła na równe nogi i wybiegła z pustej jaskini, mając nadzieję, że młodzieńcy odpoczywają gdzieś na zewnątrz. Gdy zawiedziona nie spotkała tam nikogo, postanowiła jak najszybciej wrócić do wioski. Z jaskini wzięła łuk, który był teraz jej jedyną bronią, zarzuciła na plecy uszytą przez matkę torbę i ruszyła wyznaczoną sobie ścieżką. Kroczyła ostrożnie wśród leśnych połaci, a im bliżej była celu tym mniej zwyczajnych odgłosów przyrody słyszała wokół. Nawet ptaki nie śpiewały swych codziennych, dziewiczych pieśni. Wciąż jednak miała nadzieję, że gdy dotrze do wioski spotka bliskie jej osoby, a wydarzenia poprzedniej nocy okażą się tylko kolejnym, koszmarnym snem. Niestety po dotarciu na miejsce, jedyne co ujrzała, to zgliszcza pozostałe po ukochanym Eldakar, niemal zwęglone ciała większości mieszkańców oraz… zwłoki jej drogiego brata. Zaś jedynym odgłosem unoszącym się w tej chwili nad zrujnowaną osadą był chwytający za serce płacz osamotnionej dziewczyny.  

***

Kall obudził się spocony. Bolały go wszystkie mięśnie, a głowa pulsowała żywym ogniem. Dotknął czoła i poczuł, że ma na sobie bandaż. Zdezorientowany rozejrzał się wkoło. Niewielkie pomieszczenie mieściło w sobie łóżko, przy którym stało obite materiałem ciemne krzesło, starą komodę i mały, drewniany stolik. Leżała na nim misa wypełniona wodą oraz skrawki pokrwawionych szmat. Próbował przypomnieć sobie co się stało i w jaki sposób znalazł się właśnie tutaj. Pamiętał jedynie, jak trzymał w ramionach zmarłego przyjaciela oraz to dziwne uczucie, gdy za jego plecami rozległ się złowieszczy śmiech. Nie zdążył jednak odwrócić głowy i spojrzeć w twarz napastnikowi, bo w tym samym momencie dostał czymś twardym w skroń. Potem była już tylko ciemność. Z zamyślenia wyrwał go odgłos czyiś kroków. Do pokoju wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Wyglądał na około trzydzieści pięć lat. Długie, jasne włosy spięte były w kucyk. Ubrany w luźną, szarą koszulę i brązowe, starte spodnie przysiadł na krześle stojącym przy łóżku.

– Obudziłeś się – rzekł przyjaźnie – a już zaczynałem się martwić. Kall lekko skinął głową, nie wiedząc co odpowiedzieć. Jegomość wyglądał na kogoś, kto nie miał złych zamiarów, ale po ostatnich wydarzeniach, nie zaszkodziło mieć się na baczności. Niespodziewanie podchwycił pewną myśl i próbując zerwać się z łóżka, opadł na nie z powrotem z grymasem bólu na twarzy.

– Aki – wyszeptał cicho i stracił przytomność. Gdy ocknął się po raz drugi mężczyzna opatrywał jego ranę na głowie. Potężne dłonie sprawnie uwijały się z zakrwawionym bandażem.

– Nieźle oberwałeś – stwierdził sucho. Chłopak próbował podnieść się na łokciach, by pokazać, że nie jest całkiem bezradny.

– Nie ruszaj się póki nie skończę – jegomość jeszcze przez chwilę poprawiał opatrunek, po czym wziął ze stolika niewielką agrafkę i spiął dwie strony bandaża.

– Na jakiś czas powinno wystarczyć – zaznaczył, wycierając dłonie o jedną ze szmat. Wyszedł na moment z pomieszczenia, by za chwilę wrócić ze szklanką pełną wody. Podał ją rannemu chłopcu. Kall z wdzięcznością przyjął napitek. Gardło paliło go żywym ogniem.

– G… gdzie ja jestem? – przerywanym głosem spytał, gdy już ugasił pragnienie.

– W moim domu – mężczyzna odstawił szklankę na stolik – znalazłem cię nieprzytomnego pośrodku zrujnowanej osady, cztery dni temu.

– Cztery dni – chłopak poczuł jak jego serce zamiera – muszę jak najszybciej wrócić do Eldakar. Spojrzał na nieznajomego, mając nadzieje, że ten bez problemu pozwoli mu odejść. Choć nie do końca wiedział jak miał by to zrobić, ponieważ nogi zdawały się nie słuchać rozkazów. Jednak w tym momencie liczyło się tylko odnalezienie Akiry. Wierzył, że przyjaciółce udało się zbiec. Jękną, poprawiając się na łóżku.

Mężczyzna wstał i ze splecionymi z tyłu dłońmi zaczął przechadzać się po pokoju. Po chwili przystanął i ciekawie przyglądał się rannemu chłopcu. Kall odniósł wrażenie, jakby wiedział o nim więcej niż on sam. Ale przecież nie spotkali się nigdy wcześniej.

– Rozumiem twoje zniecierpliwienie – rzekł nagle tamten – mogę cię jednak zapewnić, że w wiosce i jej okolicy nie znajdziesz nikogo żywego. Przez twarz obcego człowieka przemknął faktyczny smutek. Wyglądał jakby i jego dotknęła cała ta tragedia. Zaraz jednak uczucia znikły, a mężczyzna znów przemówił pewnym siebie głosem.

– Posłuchaj – zaczął ostrożnie– wiem, że w tej całej masakrze, jaka nawiedziła Eldakar, musiałeś stracić wielu bliskich. Ale nawet jeśli liczysz, że ktoś przeżył, to z pewnością dla własnego dobra już dawno opuścił okolice osady. Tam nadal nie jest bezpiecznie. Kall poczuł, że ogarnia go czarna rozpacz. To musiał być jakiś chory żart. Jego matka i siostry, Daren, Serlena i Eryk oraz najbardziej niewinna i dobra istota jaką znał – Akira – oni wszyscy zginęli w przeciągu jednej nocy, zostawiając go samego? Jeśli tak by się stało, wszystkie jego cele, dążenia i marzenia odeszłyby razem z nimi. Strapiony zamknął oczy. Czy naprawdę jego przyjaciółka nie dotarła do kryjówki? W myślach wrócił do wydarzeń sprzed kilku dni.

Pamiętał jak po urodzinach Akiry, jeszcze tego samego wieczoru, matka poprosiła go by zaniósł do Thern lecznicze zioła, wspomagające gojenie. Córka jej przyjaciółki właśnie urodziła syna, a ponieważ poród był ciężki, kobieta potrzebowała czegoś na zabliźnianie się ran. Kall dostarczył lekarstwo najszybciej jak się dało. Gdy opuszczał dom, pełnych wdzięczności kobiet, na dworze panował już przeciągły mrok. Chłopak nigdy nie bał się ciemności, dlatego spokojnym spacerem pokonywał trasę powrotną. Wiedział, że ma przed sobą dobre dwie godziny drogi. Ciesząc się z chwili samotności wspominał radość jaką sprawił przyjaciółce jego urodzinowy podarunek. Długo czekał aż jeden z przyjezdnych kupców dostarczy mu do Thern obiecaną broszkę. Gdy tak rozmyślał do jego nozdrzy dotarł dziwny zapach. Wciągnął powietrze i rozejrzał się wkoło. Do Eldakar miał jeszcze dobrych kilka kilometrów, jednakże wydawało mu się, że niebo w tamtym kierunku pokrywa jaśniejsza łuna. Pełen złych przeczuć przyspieszył kroku. Z każdą minutą las robił się coraz bardziej mglisty, ale młodzieniec wiedział już co się święci. Powietrze powoli przesiąkało dymem. Puścił się biegiem w kierunku wioski. Gdy dotarł na skraj lasu jego oczom ukazał się obraz jak z koszmaru. Domy, przybudówki i liczne zadbane wcześniej małe ogródki – wszystko stało w płomieniach. Ci, którym udało się wydostać z budynków płakali lub przerażeni wrzeszczeli w niebogłosy. Rzucił się w kierunku własnego domu. Niestety, gdy minął szereg walących się zabudowań zauważył, że z miejsca, w którym wychowywał się od urodzenia pozostały niemalże zgliszcza. Zrozpaczony wykrzykiwał imiona swoich bliskich, podobnie jak wiele osób, które szaleńczo biegały po wiosce. Niespodziewanie jego uszu doszedł krzyk. Znał ten głos. Risa – jego mała, siedmioletnia siostra, stała teraz pośrodku całego pobojowiska, a przed nią jeździec na karym koniu zamachnął się, uderzając dziecko w brzuch. Kall w mgnieniu oka przebiegł dzielącą ich odległość i z dzikim rykiem rzucił się w kierunku napastnika, ściągając go z konia. Jego zaciśnięte pięści uderzały przeciwnika dopóki tamten nie stracił przytomności. Chłopak podbiegł do leżącej nieopodal drobnej postaci.

– Ris, dziecinko otwórz oczy – błagał trzymając siostrę w ramionach. Mała zamrugała i na moment uniosła powieki.

– Kall – wysapała z wielkim trudem – mama i Lori… nie żyją. Nabrała powietrza jakby mówienie wymagało od niej zbyt dużego wysiłku.

– Cicho, kwiatuszku – pocieszał dziecko osłaniając od strzelających płomieni jednego z ogrodzeń – wszystko będzie dobrze. Zaraz cię stąd zabiorę. Jednak dziewczynka nie słyszała już słów brata. Jej zamknięte oczy i nieruchoma klatka piersiowa świadczyły o tym, że odeszła już z tego świata. Kall poczuł, jak szczypią go oczy.

-Proszę nie – szeptał błagalnym tonem. Uniósł wyżej bezwładną postać swojej siostrzyczki i przytulił do piersi. Jego silnym ciałem wstrząsnął szloch. Przez moment trwał tak pośrodku piekła i pozwolił płynąć łzom. Nie wiedział, ile czasu minęło nim podniósł głowę. A wtedy kilkadziesiąt metrów dalej przy północnym skraju wioski dostrzegł jak kolejny ze zbrodniarzy, którzy napadli na Eldakar wrzuca płonący knot do jednej z ocalałych jeszcze chat. Wczorajszego popołudnia spędził tam wiele miłych chwil na przyjęciu urodzinowym Akiry. Ostatni raz ucałował blady policzek siostry, po czym ułożył nieruchome ciało dziecka na ziemi, z myślą, że wkrótce wróci je pochować. Zacisnął szczęki, po czym szybko wstał i ruszył w kierunku domu Eryka.

Młodzieniec ocknął się z zamyślenia na dźwięk usłyszanych słów.

– … tak?- dotarł do niego tylko koniec pytania. Jego wybawca uśmiechnął się smutno, ale ze zrozumieniem.

– Masz na imię Kall, prawda? – ponownie się odezwał. Chłopak zdezorientowany przytaknął tylko głową.

– Znałem twojego ojca… dawno temu – nieznajomy spuścił wzrok jakby wracał myślami do wspomnień. Po chwili odezwał się znowu.

– Chciałbym zaproponować ci swoją pomoc. Jeśli oczywiście ją przyjmiesz. Nastała chwila ciszy, przerywana jedynie zgrzytaniem gałęzi, ocierających się o szybę w niewielkim oknie.

– Dlaczego? – to było pierwsze pytanie jakie przyszło Kallowi na myśl. Obcy spojrzał na chłopca, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk.

– Powiedzmy, że jestem winny twojemu ojcu przysługę – nie spuszczał wzroku z młodzieńca – masz prawo czuć się zagubiony i nie oczekuję, że od razu mi zaufasz. Jednakże myślę, że z czasem wiele rzeczy stanie się dla ciebie bardziej zrozumiałych. Westchnął powoli. Jego spojrzenie było szczere.

– To jak będzie? Zgadzasz się na moje towarzystwo? – zapytał ponownie. Kall siedział przez chwilę zapatrzony w swoje dłonie. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę został sam. To wszystko jeszcze do niego nie docierało. I jeszcze ten obcy człowiek, który go ocalił. Nie miał pojęcia czego od niego chce, ale podświadomie czuł, że może mu ufać. Poza tym nie miał już nic do stracenia.

– Chyba nie mam wyboru – odpowiedział bez entuzjazmu – w tej chwili i tak nie mam, co ze sobą zrobić – przełknął ślinę, zerkając w kierunku swojego wybawcy – Poza tym uratował mi pan życie. Jestem wdzięczny – dodał zrezygnowany. Wciąż miał nadzieję, że zaraz obudzi się z tego okrutnego snu i zajmie swoimi codziennymi obowiązkami, pozwalającymi godnie utrzymać rodzinę. Rodzinę, której już nie miał.

– Mam na imię Xargoth – mężczyzna wyciągnął w jego kierunku dłoń, ale Kall skinął tylko głową i opadł na posłanie. Pustymi oczami utkwił wzrok w przeciwległej ścianie. Nieznajomy wstał i cicho podszedł do drzwi.

– Tam w wiosce – usłyszał łamiący się głos młodzieńca, gdy jego ręka spoczywała na klamce – chciałbym kogoś pochować. Odwrócił się niespiesznie.

– Ciała twojej matki i Lori, spłonęły w pożarze – oznajmił z przykrością – a jeśli chodzi o Risę i twojego przyjaciela – już się tym zająłem. Kall nawet się nie obejrzał. Nie interesowało go skąd mężczyzna znał jego bliskich. I tak ich stracił. Nie zdążył na czas. Zawiódł ich. I jeszcze coś. Ciarki przeszły mu po plecach. Akira. Musieli dorwać ją gdy uciekała na polanę. Poczuł, że zbiera mu się na mdłości. Naprawdę chciał tam wrócić. Chciał znaleźć jej ciało i oddać należyty szacunek. Jednak… nie wiedział, czy potrafi. Bo gdyby stanął nad jej zwłokami i zobaczył, że ta pełna życia, miłości i czystej ludzkiej bezinteresowności dziewczyna już nigdy się do niego nie uśmiechnie, nie odpowie na żart i nie będzie szukać pocieszenia z powodu wybryków jej brata to wtedy, jego serce, pękło by na pół. Nie. Ono już było pęknięte. Po prostu rozsypało by się na setki, niemożliwych do poskładania kawałków.

Nawet nie zauważył, że mężczyzna wciąż stoi w progu. Dopiero, gdy zrozumiał sens wypowiedzianych przez niego słów, zerwał się z posłania jakby raził go piorun.

– Zanim pochowałem ciało Risy i Eryka, na ich zwłokach znalazłem piękne białe kwiaty. Lilie – oznajmił – jakiś dobry człowiek musiał je tam zostawić. Przebierając bezwiednie nogami, chłopak podszedł do nieznajomego, łapiąc go za ramię.

– Kiedy?! – Nawet nie zwracał uwagi, że kręci mu się w głowie – Kiedy ostatnio był pan w wiosce? Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony wybuchem. Mimo to spokojnie odpowiedział.

– Dwa dni temu… ich pochowałem.

Kall zatoczył się chwiejnie i robiąc parę kroków w tył, opadł na łóżko. Objął rękami głowę. To nie mógł być zbieg okoliczności – myślał gorączkowo. To musiała być ona – Akira. Jej ulubione kwiaty. Białe lilie. W pobliżu osady było ich niewiele. Jednak na polanie, przy wodospadzie rosło ich całkiem sporo. Zawsze wplatała sobie jeden w warkocz. Nabrał powietrza, czując wracającą nadzieję. Czepił się jej jak tonący ostatniej deski ratunku. Dziewczyna musiała jakoś dotrzeć do ich kryjówki, spędzić tam noc i wrócić, by szukać swoich bliskich. Nawet nie chciał myśleć, jak się poczuła, gdy zobaczyła to, co zostało z osady. I… znalazła martwe ciało Eryka. A jego przy nim… nie było. Podniósł głowę.

– Musimy tam wrócić – rzucił zdecydowanie, patrząc na Xargotha – jest ktoś, kto ocalał. Serce łopotało mu w piersi – moja przyjaciółka. Ma tylko trzynaście lat, nie poradzi sobie sama. Musimy ją znaleźć. Jego wybawca uśmiechnął się znacząco, jakby doskonale wiedział o kogo chodzi.

– Spokojnie – rzekł opanowany – odnajdziemy dziewczynę.

Rozdział 3 „Medalion”

Pośrodku niewielkiej, kamiennej sali klęczał zakapturzony mężczyzna. Za jego plecami postarzałe, drewniane wrota broniły wejścia. W słabo oświetlonej komnacie panował przenikliwy chłód. Zimna, naznaczona przez wilgoć, marmurowa podłoga pomalowana była niezrozumiałymi symbolami. Przesiąknięte stęchlizną powietrze, zachęcało jedynie do wstrzymania oddechu.

– Panie, nie znaleźliśmy dziewczyny- rzekł sługa, pozostając w swym ukłonie – to musiał być zły trop. Wywróciliśmy do góry nogami całą wioskę, ale nie wyczuliśmy żadnej mocy medalionu. Nastała złowroga cisza, przerywana jedynie szumem wiatru, który przeciskał się przez szczeliny w murze. Dźwięk ten przywodził na myśl jęki torturowanych ofiar. Mężczyzna czekał, a na jego pooranej bliznami skórze pojawiła się gęsia skórka. Naprawdę nie chciał rozzłościć swojego władcy.

– Miałeś przyprowadzić do mnie Wybrankę – złowrogi szept rozszedł się po sali – czuję się zawiedziony twoją głupotą. Sługa uniósł oczy w kierunku przeciwległej ściany, a jego dłonie trzęsły się ze strachu. Szybko jednak spuścił wzrok, splótł ze sobą palce i ukłonił się jeszcze niżej.

– Wybacz, Panie – rzucił spanikowany – to nie moja wina. Ktoś pomylił się co do miejsca jej pobytu. To była tylko zwykła wioska. Niemożliwe żeby ukryto ją w takim miejscu. Usłyszał cichy trzask, przywodzący na myśl dźwięk łamanych kości. Wzdrygnął się bezwiednie. Po jego zdumionej twarzy spłynęła kropla potu.

– Wybaczam – głos rozchodził się wszędzie, oplatając swoim chłodem całą komnatę – a oto nagroda za twoje starania. Ognista kula uderzyła jakby znikąd. W powietrzu rozszedł się swąd palonego ciała. Szok malujący się na twarzy mężczyzny był niczym w porównaniu z bólem, który rozrywał teraz jego klatkę piersiową. Histeryczny krzyk uniósł się ponad sklepienie sali. Po chwili ze skulonej postaci została tylko garstka tlącego się popiołu. W komnacie nastała cisza, przerwana jedynie dźwiękiem rozchodzącego się imienia.

– Gorionie – potężny ryk wezwał kolejnego sługę. Do pomieszczenia weszła postać, w płaszczu równie czarnym jak poprzednika. Stanęła w miejscu, gdzie przed chwilą zginął ów człowiek.

– Tak, mój władco – mężczyzna przyklęknął. Ogień pochodni wiszących na ścianach rozbłysnął jaśniejszym blaskiem, który rozświetlił mroczne zakamarki, wyganiając z nich opieszałe robactwo.

– Dziewczyna uciekła – głos szedł echem po ścianach komnaty – jej ochrona z pewnością wznowiła czujność, ale i tak rozpocznij poszukiwania na własną rękę. Czekaj w ukryciu na odpowiedni moment nim postanowisz uderzyć. I szukaj sposobu… jak wypuścić stąd Mrok. Nieprzyjemny dźwięk przypominający zgrzytanie pazurów o zardzewiały metal boleśnie ranił uszy – Pamiętaj… musimy odnaleźć tą dziewkę, nim przebudzi swą moc. Nie ma czasu na więcej błędów. Każda zarażona dusza, to dla nas sprzymierzeniec. Nagły podmuch wiatru zgasił wszystkie pochodnie. Jednakże klęczący pośrodku sali osobnik wcale tego nie zauważył. Czekał pokornie na dalsze rozkazy.

– Chcę ją żywą – ponury szept napawał strachem – razem ze świecidełkiem. Inni mnie nie interesują.

– Jak sobie życzysz, panie – sługa wstał, oddał pokłon i wyszedł z ciemnej komnaty.

***

Cztery lata później.

Mały kamyk uparcie trzymał się podłoża. Po dłuższej chwili zaczął delikatnie drgać. Jeszcze tylko trochę, troszeczkę – myślała Akira, skupiając się na przedmiocie, który zdawał się z nią drażnić – no rusz się wreszcie. Próbowała już tej sztuczki dobre kilkanaście razy i była przekonana, że teraz nareszcie jej się powiedzie. Nagle poczuła klepnięcie w plecy, od którego o mało twarz dziewczyny nie spotkała się z podłożem. Odwróciła się wściekła, prawie czując w zębach skrzypiący piasek.

– Xan! Ty wstrętna glisto! – wysyczała, patrząc na roześmianego chłopaka – gdybyś mi nie przeszkodził, udałoby mi się go podnieść. Była naprawdę wkurzona. Najchętniej zmyłaby z buźki kolegi ten figlarny uśmieszek. Młodzieniec przekręcił tylko głowę, jak zawsze gdy nabijał się z koleżanki.

– Nie podniosłabyś nawet piórka – stwierdził ironicznie, biorąc się pod boki. Jego chytra mina nie wróżyła nic dobrego. Sekundę potem uniósł do góry dłoń i pstryknął palcami. Patyk, leżący u jego stóp, skoczył w powietrze i zaczął smagać dziewczynę w siedzenie.

– Przestań! – wykrzykiwała, podskakując i starając się uchronić przed ciosami – Skończ z tym, albo wsadzę ci ten patyk w twoje szlachetne dupsko! Jęknęła, gdy perfidny badyl, zaczął poruszać się coraz szybciej, tak, że ciężko było uniknąć uderzeń. Niech tylko dorwie tego padalca w swoje ręce. Będzie błagał o litość.

– Pięknie tańczysz, kotku – chłopak właśnie pokładał się ze śmiechu, nie zrażony jej ciągłymi piskami i wyszukanymi groźbami. O nie, tego było już za wiele – stwierdziła w duchu dziewczyna i nie zważając na piekące pośladki, z groźną miną ruszyła w stronę kolegi.

– Ty…

– Ops! – wykrztusił młodzieniec, uśmiechnął się zadziornie, puścił do niej oczko i najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony, szybko uciekł w odwrotną stronę. Akira patrzyła jak znika za pobliskimi drzewami, gwizdając na nią jakby była ociężałą kobyłą, którą chce przywołać z pola.

– Tchórz – wybąkała cicho, masując tyły. Nadal czuła wściekłość, ale nie miała zamiaru ruszać w pogoń. Choć w tym momencie najchętniej skręciłaby koledze kark, musiała przyznać, że przyzwyczaiła się do jego nieustannych żartów. Ba, można by powiedzieć, że wręcz je lubiła. Może dlatego, że często odwracały uwagę od niechcianych wspomnień. Westchnęła ciężko podążając wzrokiem w stronę wielkiego, ceglanego budynku usytuowanego na ogromnym placu, nieopodal Czarnego Jeziora. Siedząc na niewielkim wzniesieniu, miała doskonały widok na Akademię. W jednym, prawym skrzydle mieściły się sale wykładowe, stołówka i aula na ważniejsze zebrania. Drugie skrzydło – mieszkalne – dawało schronienie grubo ponad setce uczniów, którzy marzyli, by stać się potężnymi magami, mającymi w swoim arsenale, dziesiątki różnorakich zaklęć. Mrużąc oczy próbowała odnaleźć wzrokiem beżowe okiennice jej niewielkiego, lecz prywatnego pokoju. Uśmiechnęła się do siebie. Nie każdy z adeptów miał takie szczęście, że mógł sam zajmować całe pomieszczenie. Z reguły większość izb mieściła po kilkoro osób w zależności od swojej wielkości. Jeszcze raz omiotła wzrokiem całą szkołę. Oba jej skrzydła rozciągały się w boki, skręcały w tył, by potem zejść się z powrotem przy dwóch, tylnych wieżach, wysokich na dobrych kilkadziesiąt metrów. Tam mieszkali nauczyciele oraz znajdował się gabinet dyrektora. Całość budowli tworzyła okazały prostokąt, a wejścia na wewnętrzny dziedziniec broniły szerokie wrota. Po obu ich bokach majestatycznie powiewały dwie szkolne chorągwie z wyszytym akademickim herbem przedstawiającym dłoń, nad którą unosił się czerwono, niebiesko, żółty płomień. Akira nie bardzo wiedziała, co miało to oznaczać, ponieważ do tej pory nie spotkała nauczyciela, który szczyciłby się podobnymi umiejętnościami. Zapewne artysta wyszywający chorągiew, chciał nieco podkoloryzować pewne sprawy, gdyż owa Wyższa Szkoła Talentów Magicznych miała nieposzlakowaną opinię miejsca, skąd wypuszczano prawdziwych czarodziei.

Dziewczyna prychnęła, zerkając w kierunku, w którym uciekł jej kolega. Uśmiechnęła się nieznacznie. Xana poznała już pierwszego dnia jej pobytu w szkole. Postanowił, że jako młodą adeptkę – mimo iż byli w tym samym wieku – powita „po swojemu” i za pomocą magii wylał na głowę dziewczyny wiadro lodowatej wody. Ze złości para buchała jej z uszu, ale nie dała ponieść się nerwom, ponieważ robienie sobie problemów już z samego początku w niczym by jej się nie przysłużyło. Zatrzęsła się na wspomnienie ociekających wodą ciuchów i radosnego rechotu szkolnych kolegów. Od tej pory Xan uwielbiał ją zaczepiać. Chyba nawet bardziej cenił sobie to zajęcie, niż pozostałe jakie oferowała akademia. To tu, to tam – zawsze szukał możliwości dogryzienia biednej, nowej uczennicy, która niby to nie zauważała jego ciągłych podchodów. W duchu Akira obiecała sobie, że kiedyś odwdzięczy mu się za te lata tortur – rzecz jasna z nawiązką. Setki razy układała w głowie scenariusze zemsty doskonałej. Nawet teraz humor poprawił jej się już na samą myśl o tym, jak wyglądałby szczerbaty Xan z podbitym lewym okiem, tak, że prawie zapomniała o piekącej, zaczerwienionej skórze zbolałych pośladków. Przygryzła wargę, zmieniając tok myśli. Mimo wszystko musiała uczciwie przyznać sama przed sobą, że nawet lubiła tego zarozumiałego padalca. Oczywiście z dużym akcentem na słowo „nawet”. Xan z natury był zabawny, koleżeński i… co tu dużo ukrywać – całkiem przystojny. Wysoki, nieźle zbudowany, z jasnymi włosami zachodzącymi na czoło oraz dużymi zielonymi oczami. Pojawiał się w nich błysk, zawsze, gdy coś dziwnego chodziło mu po głowie. A to akurat zdarzało się bardzo często. Dodatkowo uwagę przyciągały jego szpiczaste uszy, tak charakterystyczne dla elfa. Właśnie do tej rasy należał. Akira zastanowiła się przez moment, czując lekki powiew wiatru, na opalonej słońcem, śniadej cerze. Nigdy nie pytała młodzieńca, w jakim celu zawędrował aż tak daleko od ziem, które w większości zamieszkiwane były przez przedstawicieli jego rasy. Makkasta – piękna kraina sąsiadująca z ich niewielkim państwem należała praktycznie w całości do prastarego elfickiego rodu Azahstar. Szczyciła się bogactwem zarówno naturalnych dobrodziejstw Ziemi, jak i doskonałego rzemiosła. Elfy w końcu słynęły z wyjątkowej jakości wyrobów drewnianych, wyszukanej poezji, czy dających ukojenie słowiczych pieśni. Xan nie mówił dużo o swojej przeszłości, choć wiedziała, że miał bliskie powiązania z cenionym przez wielu władców rodem. Dziewczyna odchrząknęła. Może właśnie dlatego jej szkolny przyjaciel nosił swój szlachetny, pusty czerep tak wysoko.  

Wyciągnęła się wygodnie na trawie i wróciła wzrokiem do budynku Akademii. Wstąpiła do niej trzy lata temu, kończąc w ten sposób roczną tułaczkę po świecie. Jedynie przypadek sprawił, że znalazła się w tym miejscu, ale była wdzięczna losowi za otrzymaną szansę. Gdy pierwszy raz trafiła przed oblicze dyrektora, mężczyzna – z jemu tylko wiadomych względów – nie pozwolił już jej odejść. Tak naprawdę nigdy nie miała do czynienia z magią, a jej zdolności w tym zakresie można było spokojnie nazwać „żadnymi”. Jednakże dziwnie zaskoczona mina dyrektora, gdy lustrował bezdomną trzynastolatkę, która czystym trafem uratowała życie jednej z jego adeptek, musiała zapewne oznaczać wdzięczność, gdyż Akira została przyjęta do szkoły dostając nawet osobny pokój, gdzie mogła od razu spokojnie zamieszkać. I w ten oto sposób zaczęła się przygoda z magią, która de facto nadal nie była jej mocną stroną. Mimo wszystko szkoła pozwoliła jej znacznie poprawić swoje „zielarskie” umiejętności, a na zajęciach z eliksirów, ciężko było komukolwiek ją prześcignąć. Najważniejszy jednak był fakt, że znalazła dach nad głową oraz w międzyczasie zyskała dwoje oddanych przyjaciół.

Nagle zesztywniała, a smutek wypełnił jej usta na wspomnienie okrutnych miesięcy bez domu i rodziny. Zanim trafiła do szkoły, przenosiła się z miejsca w miejsce. Łapała przeróżne prace by tylko utrzymać się przy życiu, a mając trzynaście lat nie było to łatwe. Sprzedawała znalezione zioła, sprzątała zagajniki, pomagała przy ogrodach. Czasem dostawała za to pieniądze, a niekiedy tylko skromny posiłek. Poczuła ciepło na swojej twarzy, gdy słońce na chwilę wyjrzało zza chmur. Spuściła głowę dając ponieść się wspomnieniom. Najgorsze były pierwsze miesiące. To wtedy poznała jak okrutnymi prawami rządzi się świat i uświadomiła sobie, że życie w Eldakar było istnym rajem na ziemi. Po tragedii jaka ją spotkała, długo nie mogła do siebie dojść. Z początku planowała udać się do Tern, odwiedzić przyjaciół jej rodziców prosząc ich o jakąkolwiek pomoc. Szybko jednak przypomniała sobie w jak ciężkiej sytuacji znajduje się owa rodzina. Maleńka izdebka wynajęta kątem od wstrętnego, grubiańskiego karczmarza, sześcioro dzieci i mąż, który w ostatnim wypadku przy cięciu drzewa, stracił nogę. Nie – choć minęły lata, bezwiednie pokręciła głową – nie miała serca zmuszać ich by czuli się zobowiązani jej pomóc. Udała się więc dalej, krążąc z miasta do miasta i cały czas dziwiąc się, że jeszcze żyje. Zapewne przysłużył się temu wrodzony spryt oraz spostrzegawczość, które jednak nie uchroniły ją przed drobnymi przestępstwami, jakich musiała się dopuścić, by przetrwać. W gruncie rzeczy, należały do nich jedynie kradzież jedzenia czy ciuchów, co jednak wcale nie zmieniało faktu, że przez długi czas gryzły ją wyrzuty sumienia, zagłuszane jedynie przez burczący brzuch. Choć głód był jedynym usprawiedliwieniem jej występków, nie sposób było nie zauważyć, że w niegdyś spokojnym i rozwojowym państwie Navgar żyło się teraz coraz gorzej. Winą za to obarczano panującego obecnie króla, którego jak szumiało wiele pogłosek odmieniła dziwna, niespotykana choroba. I w ten oto sposób, na przestrzeni niemalże kilku tygodni z porządnego, sprawiedliwego monarchy, stał się żądnym władzy tyranem, nie baczącym na dobro swych poddanych. Akira nie do końca wierzyła, że ktoś może odmienić się w tak krótkim czasie, bez jakiejś mocno logicznej przyczyny, jednakże ciągłe napady, rozboje oraz widoczny niepokój wśród ludności Navgar udowadniały, że państwo najwidoczniej przechodzi kryzys.

Oparła się na łokciach, uniosła w górę zamknięte oczy i pozwoliła by wiatr delikatnie muskał ją po opalonej skórze. Mimo wszystko musiała przyznać, że ciągłe pokonywanie trudności ma swoje dobre strony. Pozwoliło jej to nabyć umiejętności, z których teraz była dumna. Potrafiła doskonale strzelać z łuku oraz nieźle walczyć mieczem. Tułając się po świecie widziała wiele miejsc i poznała wiele dróg. Nauczyła się jak unikać niebezpieczeństw, a także którymi ścieżkami lepiej nie chodzić. Westchnęła, czując że smutek znów wkrada się w jej serce. Mimo wszystko brakowało jej domu. Tak naprawdę nic nie było wstanie zastąpić tęsknoty za Eldakar, rodziną i przyjaciółmi. Dziewczyna przysiadła obejmując rękami kolana. Często zastanawiała się co z Kallem i czy jeszcze żyje. Tamtego pamiętnego dnia, gdy wróciła do osady nie znalazła chłopaka, ani też jego… ciała. Biegnąc z powrotem na polanę miała nadzieje, że będzie tam na nią czekał. Że przytuli ją jak zawsze, pozwalając się wypłakać. Pomoże zapełnić pustkę, jaka powstała po stracie bliskich. W końcu zostali tylko oni. Jednakże los nie okazał litości. Wracając do wioski z naręczem białych lilii Akira zdała sobie sprawę, że jej najlepszy przyjaciel musiał zostać kolejną ofiarą napaści na Eldakar, a jego ciało, zbezczeszczone przez napastników, leżało zapewne w zaciemnionym miejscu, lub dołączyło do zwęglonych szczątek zamordowanych mieszkańców wioski. Dziewczyna oparła twarz na dłoniach, czując jak ściśnięte gardło sprawia jej ból. Bo jak inaczej miałaby wytłumaczyć jego nieobecność w miejscu, w którym się umawiali? Więcej możliwości nie brała nawet pod uwagę. Kall nigdy nie zostawił by jej na pastwę losu – tego jednego była pewna. Łzy zdążyły zebrać się już pod powiekami, zamrugała więc by je odgonić. Płacz nie miał już sensu. Nie chciała znów poddać się rozpaczy, tym bardziej, że teraz było jeszcze coś, co wciąż nie dawało jej spokoju. Dotknęła wiszącego u jej szyi, niewielkiego medalionu, po czym wyjęła z kieszeni wiadomość od dziadka i po raz setny zaczęła oddawać się lekturze.

Kochana wnuczko!

Skoro czytasz ten list, musi to oznaczać, że nie jestem w stanie porozmawiać z Tobą osobiście. Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję, iż nie było nam to dane. Wiele razy, trzymając Cię w ramionach wyobrażałem sobie jak dorastasz i z ciekawością poznajesz świat. Miałem nadzieję, że niegdyś doczekam dnia, w którym będę mógł przekazać Ci dziedzictwo należące od pokoleń do naszej rodziny i opowiedzieć historię tak ważną dla świata, która ponownie przenika do rzeczywistości. Los jednak zdecydował inaczej. Postanowiłem więc napisać list i zamieściłem do niego cenne zawiniątko. Wbrew temu co myślisz – nie jest to zwykłe świecidełko. Medalion ten posiada ogromną moc, a wydobyć ją możesz jedynie Ty. Pamiętaj jednak, że kiedy odkryjesz swoją siłę, nie będzie miała ona sobie równych. I tylko od Ciebie będzie zależało, w jakim celu użyjesz owego daru. Ja jednak nie mam co do tego żadnych wątpliwości. W Twoich oczach zawsze widziałem światło, płynące prosto z serca.

Dziewczyna zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad słowami dziadka, po czym wróciła do lektury.

Moja droga Aki. Na świecie jest wiele osób, chcących Cię osłaniać. Niestety są i tacy, którzy zawładnięci przez ciemną stronę ich duszy, pragną władać mocą, jaka im się nie należy. Dlatego, gdy przyjdzie odpowiednia pora spotkasz na swej drodze osoby, przeznaczone do tego, by pomóc Ci się przebudzić. Każda z nich będzie obdarzona mocą medalionu, podobnego jak twój własny.

Wiem dobrze, drogie dziecko, jak niezrozumiałe wydają Ci się teraz moje słowa. Jednakże twoja cierpliwość zostanie nagrodzona, ponieważ światło rozjaśni wszystkie skrywane tajemnice.

Niech miłościwa Izmer nad Tobą czuwa.

Twój zawsze kochający dziadek.

Gerlath

Aki długo jeszcze wpatrywała się w list, po czym zwinęła go, odkładając z powrotem do kieszeni. Nie pamiętała swojego dziadka. Odszedł niedługo po jej narodzinach. Jednakże mama zawsze opowiadała, jakie szczęście malowało się w jego oczach, gdy opiekował się swoją maleńką wnuczką. Dziewczyna bezmyślnie wpatrywała się w pomarańczowego listka, którego wiatr przygnał jej pod nogi. Ciekawe dlaczego rodzice nigdy wcześniej nie wspomnieli jej o liście i podarku od staruszka? Może uniknęła by w ten sposób mętliku, jaki od dawna gościł w jej głowie. Sięgnęła do tyłu i delikatnie zsunęła z szyi medalion, dla odmiany skupiając się teraz na nim. Wyglądem przypominał pięcioramienną gwiazdę, pośrodku której wyrzeźbione było wgłębienie w kształcie łzy. Na każdym z ramion znajdowało się podobne, nieco mniejsze. Aki poczuła dziwne mrowienie, jak zawsze gdy przesuwała palcem po kryształowej powierzchni. Jakby był naelektryzowany – myślała zafascynowana. Nosiła ten amulet już kilka lat, ale nigdy nie zapomniała jak poczuła się, gdy pierwszy raz dotknął jej skóry. Oprócz tego, że buchnęło z niego oślepiające światło, które zapewne mogłoby rozjaśnić głębiny leżącego nieopodal Czarnego Jeziora, to jeszcze wchłonęło ją jak rekin małą rybkę. Musiała na chwilę stracić przytomność, bo gdy się obudziła leżała jak kłoda pośrodku szlaku prowadzącego z Tern do jednego z większych miast południa o nazwie Bisendorf, do którego wówczas zmierzała. Miała ogromne szczęście, że nikt choćby nie podeptał jej po drodze, nie mówiąc już o obrabowaniu czy czymś gorszym. Nabrała głęboko powietrza i z westchnieniem ulgi zawiesiła medalion z powrotem na szyi, chowając go pod bawełnianą bluzką. Od tamtej pory świecidełko nie robiło już jej żadnych numerów, jeśli nie liczyć ciągłego uczucia, że coś w niej rozbudza. Ponieważ jednak słowa dziadka do dziś wydawały jej się niezrozumiałe, pokręciła tylko głową i odpuściła sobie dalsze zastanawianie się nad znaczeniem otrzymanego prezentu.

W tym momencie ważniejsze wydawało jej się co innego. Urodziny. Jej urodziny. Dziś kończyła siedemnaście lat, a czuła się jakby przeżyła już wiele więcej. W zeszłym roku jej przyjaciele: Xan i Seli – dziewczyna, której uratowała niegdyś życie, upiekli dla niej pyszny tort, którym zajadało się pół szkoły. Oprócz tego chłopak wpuścił do jej pokoju ropuchę wielkości krokodyla, ale o tym nie warto było wspominać. W każdym razie przyjaciele pamiętali o niej, a dziś wydawało się jakby większość przedpołudnia spędzili zajęci swoimi sprawami. Spojrzała w górę, przysłaniając dłonią oczy. Słońce stało wysoko na niebie, do wieczora więc pozostało jeszcze sporo czasu, a dziś był jeden z tych nielicznych dni wolnych od zajęć. By zabić nudę, Akira postanowiła, udać się nad Czarne Jezioro, gdzie rosło wiele ciekawych roślin i przydatnych ziół. Ociągając się ile mogła, podniosła się powoli i skierowała w stronę Akademii, by zabrać z pokoju torbę na zbiory. Już po wejściu na przedni dziedziniec, poczuła, że coś jest nie w porządku. Z reguły o tej porze kręciło się tu wielu adeptów więc pustka, jaka panowała w wejściowym holu, tylko utwierdziła ją w tym przekonaniu. Dziewczyna postanowiła sprawdzić salę wykładową, gdzie często odbywały się zbiórki jej grupy. Gdy przestąpiła próg izby, niespodziewanie ogarnęła ją ciemność. Włos zjeżył jej się na karku. Co jest? – myślała zdezorientowana, próbując dostrzec co się dzieje – przecież mamy środek dnia. W tym samym momencie mrok zastąpiło jasne światło. Zamrugała, by przyzwyczaić oczy do dziwnego zjawiska.

– Niespodzianka! – w sali znajdowało się wielu uczniów jej klasy oraz dwoje osób z grona pedagogicznego. Niektórzy odsłaniali grube, okienne kotary, inni stali wokół ławki, na której znajdował się sporo większy niż w poprzednim roku tort. Wbite w czekoladową masę świeczki, czekały na lekki podmuch powietrza. Akira oniemiała wpatrywała się w całą scenę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Ktoś musiał zadać sobie wiele trudu, by cała ta akcja nie wyszła na jaw w szkole, w której poza lekcjami, najwięcej czasu zajmowało plotkowanie. Dziewczyna stała jak wmurowana, a jej policzki swym kolorem zaczęły przypominać dojrzałego pomidora. Ponieważ bycie w centrum zainteresowania, nigdy nie stanowiło jej marzenia, zaczęła powoli rozglądać się na boki w poszukiwaniu ciemniejszego kąta, który mógłby osłonić jej zażenowaną twarz. Niestety nie było jej to dane, bo w tym samym momencie z tłumu wyłoniła się Seli i dosłownie, rzuciła na Akirę wieszając na szyi dziewczyny. Jej rude, mocno kręcone loki zwisały teraz luźno do pasa, oplatając szczupłą posturę koleżanki, a zielone oczy błyszczały radośnie.

– Wszystkiego najlepszego! – wykrzykiwała, podskakując i obejmując solenizantkę ramionami. Tylko jej przyjaciółka, potrafiła robić te trzy rzeczy jednocześnie – stwierdziła w duchu Akira. Ostrożnie oddała uścisk, po czym odsunęła się od koleżanki, besztając się w myślach, że wcześniej nie odkryła jej zamiarów. Nie pamiętała już kiedy ostatni raz ktoś zrobił jej przyjęcie niespodziankę, dlatego wciąż czuła się nieswojo. Mimo to przywdziała na twarz najszczerszy uśmiech, jaki udało jej się wykrzesać i pozwoliła przyjaciółce podprowadzić się do trzypoziomowego, kwadratowego tortu, przy którym zebrało się już sporo – śliniących się na jego widok – osób.

-Pomyśl życzenie – podniecona Seli wskazała na palące się malutkie świeczki. Aki przez moment udała, że głęboko się zastanawia, po czym nabrała powietrza i wyrzuciła je z płuc jednym, mocnym wydechem. Nic. Zamrugała dwa razy, ale świeczki nadal się paliły. Postanowiła spróbować jeszcze raz, choć nie dało to żadnego rezultatu. Dmuchała i dmuchała, jednak chyba miała przewidzenia, bo jakby na złość, ani jeden płomień nawet nie drgnął. Uczniowie spoglądali po sobie tak samo zdziwieni jak ona. Miała tylko nadzieję, że nikt nie słyszy charchotu w jej piersi, bo już naprawdę odczuwała brak powietrza potrzebnego na zdmuchnięcie tych siedemnastu zepsutych badyli. Zirytowana, po raz kolejny zmusiła płuca do pracy, gdy usłyszała stłumiony chichot dochodzący zza jednej z kotar. Wściekła podeszła do okna i szarpnęła materiał. Tak jak się spodziewała, znalazła tam perfidnego elfa, który dosłownie gryzł firanę, krztusząc się ze śmiechu.

– Xan! Ty przebrzydła gębo! – ryknęła zawstydzona, że nie zorientowała się w jego podstępie – wyłaź stamtąd i przestań robić sobie głupie żarty. Gdy tylko chłopak wysunął się zza kotary, reszta uczniów wybuchła śmiechem. Akira wywróciła oczami. Pięknie – oto przyjęcie niespodzianka w wersji Xana. Jedynie Seli, lekko poddenerwowana, podeszła do elfa, wytykając go palcem.

– Miałeś zachowywać się poprawnie – rzekła obruszona – chociaż dziś – dodała niemal sycząc. Na widok wzburzonej miny przyjaciółki, nawet Akira uśmiechnęła się pod nosem. Taka postawa nie pasowała do Seli, która swoim wzrostem i drobnością, przypominała w tej chwili nadąsane dziecko.

– W porządku – szybko wtrąciła się Aki, przyciągając koleżankę bliżej tortu – zdmuchnijmy je razem. Puściła do niej oczko, po czym obie jednym, porządnym wydmuchem poradziły sobie ze wszystkimi siedemnastoma świeczkami.

Wtem rozbrzmiały brawa, które jeszcze długo po przyjęciu dźwięczały w uszach młodej solenizantki. Popołudnie minęło w atmosferze śmiechu i pogodnych rozmów, a tort, jak zwykle przepyszny, szybko zniknął z każdego talerza. Akira już dawno tak dobrze się nie bawiła. Nawet Xan do końca dnia zachowywał się już nienagannie. No, może parę razy widziała ten jego zadziorny błysk w oku, ale szybko robiła wtedy minę – „zrób coś, a cię zabiję” i chłopak chyba dawał za wygraną. Pod wieczór wiele osób wyszło na przedni dziedziniec, by podziwiać piękne sklepienie, obsypane tysiącami gwiazd. Akira uwielbiała patrzeć w niebo na niesamowite konstelacje, wyobrażając sobie, że gdzieś tam żyją istoty, dotąd przez nikogo niepoznane.

– Wspaniały dzień – westchnęła sama do siebie.

– Jeszcze się nie skończył – Xan zaszedł ją od tyłu. Posłała mu groźnie spojrzenie, ale na szczęście wyglądał, jakby i jemu udzielił się spokój wieczoru. W myślach zbeształa się że zwątpiła w przyjaciół. Oboje zrobili jej dzisiaj ogromną niespodziankę. Dotąd nie spodziewała się też, że tak wielu uczniów, których uważała za zwykłych znajomych, ceni sobie jej towarzystwo. Choć wydarzenia sprzed paru lat sprawiły, że częściowo zamknęła się w sobie, postanowiła zaryzykować i znów bardziej otworzyć się na ludzi. Musiała skończyć wreszcie z ciągłym strachem o to, by jeszcze kogoś nie stracić. Rozejrzała się wkoło.

– Gdzie podziała się Seli? – spytała chłopaka, wypatrując koleżanki wśród tłumu zebranego na dziedzińcu. Niespodziewanie do ich uszu doszedł znajomy krzyk. Jak na zawołanie oboje, odwrócili się w określonym kierunku. Ujrzeli, jak ich przyjaciółka szarpie się z sukienką, która przytrzaśnięta w potężnych drzwiach Akademii, ogranicza jej ruchy. Sytuacja mogłaby się wydać komiczna, gdyby nie fakt, że nad głową Seli, ogromna chorągiew z wyszytym szkolnym herbem, wstrząśnięta mocnym podmuchem wiatru, wysunęła się z zawiasów i runęła w kierunku przerażonej dziewczyny. Gdy nie było już ratunku, metalowy pręt zatrzymał się w odległości kilkunastu centymetrów od głowy ofiary. Czas jakby się zatrzymał, a nocne powietrze przesiąkło mocą. Świadkowie wpatrywali się w przedziwne zjawisko. Jeden z nauczycieli szybko rozglądał się, w poszukiwaniu osoby, której magiczne zdolności pozwoliłyby utrzymać taki ciężar.

– Na ognie świętości – rzucił oszołomiony wpijając się w kogoś spojrzeniem. Inni obserwatorzy powiedli za jego wzrokiem. Pośrodku dziedzińca, stojąca obok Xana, Akira uparcie skupiała się na utrzymaniu chorągwi. Stróżka potu stoczyła się z jej czoła, rzeźbiąc ścieżkę ku skroni. Medalion dziewczyny błyszczał niespokojnie, spod bawełnianej bluzki.

– Xan… pospiesz się… dłużej nie dam rady… – wyszeptała cicho. To jednak wystarczyło, by wyrwać chłopaka z oszołomienia. Biegiem rzucił się w kierunku skulonej pod drzwiami koleżanki. W ostatniej chwili, doskoczył do dziewczyny, szarpnął nieszczęsny materiał i oboje stoczyli się na bok. Huk jaki po tym nastąpił, przypominał wystrzał ze starej armaty. Chorągiew upadła w miejscu, gdzie przed chwilą leżała niedoszła ofiara. Ciężki, kolorowy materiał, przesłonił drewniane wejście.

Całe to wydarzenie trwało zaledwie kilkadziesiąt sekund, ale Akira miała wrażenie jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Czuła siłę bijącą od medalionu, która wpijała się w nią drażniąc każdy nerw zachłannego ciała. Przed oczami mignęło jej jasne światło, kusząc ją swym blaskiem. Chciała złapać je i zamknąć w swojej dłoni, ale niespodziewanie wszystko pogrążyło się w ciemności.