Rozdział 2 „Strata”

Obudziła się w środku nocy. Od razu wyczuła, że coś było nie w porządku. Rozejrzała się po pokoju. Nagle ciszę przerwał potężny huk. Do środka wbiegł jej tata. W oczach mężczyzny błyszczał strach.

– Aki! Ubierz się i spakuj najpotrzebniejsze rzeczy – rzekł pospiesznie – musimy uciekać. Dziewczyna zdezorientowana spojrzała na ojca, ale nie czekając na wyjaśnienia, zerwała się z łóżka.

– Szybko – rzucił i wybiegł z pomieszczenia. Chwilę potem ubrana, z torbą na plecach i łukiem w ręku już chciała opuścić pokój, gdy nagle o czymś sobie przypomniała. Podeszła do szafki przy łóżku i zabrała jeszcze nie rozpakowany prezent od dziadka wraz z kopertą. Przeczucie podpowiadało jej, że nie może o nim zapomnieć. Kiedy chowała go do plecaka rozległ się krzyk jej matki, a tuż za nim jeszcze bardziej przeraźliwy wrzask ojca. Wystraszona szykowała się właśnie, by pobiec do rodziców, gdy nagle zamarła w miejscu. Jakiś cień przesunął się za progiem. Zanim drzwi do pokoju stanęły otworem, instynktownie schowała się pod łóżko. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Akira przyglądała się jak jego buty powoli zbliżają się do posłania. Poczuła dreszcz biegnący po jej ciele. Wstrzymała oddech.

– Tu pusto – odezwał się chropowaty, nieprzyjemny głos. Nieznajomy wycofał się powoli, opuszczając jej sypialnię. Zastanawiając się, czy nie stoi za progiem, dopiero po dobrych paru sekundach wypuściła wstrzymywane w płucach powietrze. Niespodziewanie ktoś ponownie wbiegł do pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi.

– Aki! Jesteś tu? – usłyszała cichy szept Eryka. Czym prędzej wydostała się z pod łóżka i rzuciła w ramiona brata. Tak bardzo chciała wiedzieć co się dzieje.

– W porządku – pocieszał siostrę przytulając do siebie. Sekundę po tym, odsunął ją zaglądając dziewczynie w oczy – posłuchaj Aki. Nie mamy wiele czasu. Musimy jak najszybciej wydostać się z wioski. Tu nie jest bezpiecznie. Jakby na potwierdzenie jego słów na zewnątrz rozległ się kolejny wybuch. W oknie dziewczyna dostrzegła jasną łunę. To nie mogło wróżyć nic dobrego – stwierdziła w duchu. Na pewno nie w środku nocy.

– A rodzice? – spytała zdezorientowana, chcąc jak najszybciej sprawdzić, co się z nimi dzieje. Na twarzy Eryka pojawił się wyraz udręki i bólu. Nastolatka poczuła, jak zbiera jej się na mdłości. Chyba jednak nie chciała znać odpowiedzi.

– Rodzice… odeszli. Słowa, wypowiedziane przez brata, zaczęły boleśnie wgryzać się w myśli dziewczyny, która usilnie próbowała zaprzeczyć ich znaczeniu. Odeszli? W jakim sensie? Uciekli? W tym momencie, miała nadzieję, że właśnie o to chodziło Erykowi.

-Oni…nie żyją, Aki – jego zduszony głos, świadczył o tym, jak ciężko było mu wypowiedzieć te słowa – Ale my musimy… – nie dokończył, bo przez okno wpadła strzała z podpalonym grotem, roztrzaskując szkło na wszystkie strony. Pokój od razu wypełnił się dymem.

– Uciekamy! – Eryk złapał siostrę za rękę. W ostatniej chwili schwytała łuk i oboje skierowali się do jego pokoju. Biegnąc czuła, jak ból ściska jej żołądek, a serce uderza nierównym rytmem. Rodzice nie żyją – ta myśl ciążyła jej jak żadna przedtem. Jeszcze wczoraj, śmiali się radośnie, bawiąc gości na urodzinowym przyjęciu. A teraz miała ich już nie zobaczyć? Wbiegli do sypialni Eryka. Chłopak otworzył okno i rozejrzał się wkoło. Ponieważ chata stała na skraju wioski, kilkadziesiąt metrów przed nimi widniały gęste zarośla prowadzące w głąb lasu.

– Wyjdziemy tędy – rzucił i podskakując szybko wydostał się na zewnątrz. Stanął po drugiej stronie framugi i wyciągnął ręce w kierunku siostry. Aki podała bratu łuk, po czym z jego pomocą wydostała się z domu. W powietrzu unosił się dym i smród palonych chałup oraz ciał. Rozbiegani ludzie wrzeszczeli w niebogłosy, nawet nie próbując ratować swojego dobytku. Kątem oka dostrzegła, jak potężny jeździec na czarnym koniu, wymachuje długim mieczem, raniąc tych, którzy nieopatrznie stanęli mu na drodze. Dziewczyna przerażonymi oczyma wpatrywała się w okrutny obraz. Eryk objął siostrę, zasłaniając widok i kierując oboje w stronę pobliskiego lasu. Nagle ktoś zaszedł ich od tyłu. Chłopak już miał zadać cios, gdy spostrzegł, że przed nimi stoi Kall. Cały umorusany i podrapany wyglądał jakby stoczył walkę z żywiołem. Jedynie jego szare oczy o przenikliwym spojrzeniu wciąż wskazywały, że to ten sam chłopak. Akira cisnęła się w ramiona przyjaciela.

– Już dobrze, maleńka – na moment, przytulił ją do siebie. Jego ramiona zawsze wydawały się takie bezpieczne. Jakby miały moc odganiania wszelkich koszmarów. Eryk zniecierpliwiony rozglądał się wkoło. Dym szczypał w oczy, a błagalne wrzaski pozostałych przy życiu mieszkańców wioski napawały strachem.

– Musimy uciekać – zwrócił się do pozostałej dwójki. Kall skinął głową.

– Możemy schować się w jaskini na naszej polanie – poddał pomysł. Wystarczyło jedno spojrzenie i cała trójka biegiem udała się w wyznaczonym kierunku.

– Przeczekamy tam dopóki nie zrobi się bezpie… – zaczął Eryk. Nie dokończył jednak zdania, gdyż w tym samym momencie nad ich głowami przeleciało kilka strzał. Jedna z nich trafiła chłopaka w prawy bark. Zatoczył się niezgrabnie i upadł na ziemię. Kall natychmiast znalazł się przy przyjacielu chwytając go za ramiona. Przerażona Akira klęknęła z drugiej strony.

– Bracie! – krzyknęła spanikowana. Wzięła w ręce jego dłoń. Kall próbował ocenić jak głęboka jest rana, ale wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zauważyć, że grot przeszedł na wylot, rozszarpując skórę i mięśnie. Krew powoli zabarwiała materiał kamizeli.

-Cii…- Eryk mocniej ścisnął dłoń siostry – nic mi nie będzie. Musicie uciekać. Zakasłał. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Chyba oszalał.        

– Nie ma mowy – odparła szybko – nie zostawimy cię.

-Posłuchaj – chłopak mówił powoli, co rusz łapiąc oddech – nigdy nie wątpiłem, że jesteś odważna. Nie pozwól bym teraz zmienił zdanie. Musisz jak najszybciej dotrzeć do naszej kryjówki i za żadne skarby, nie wolno ci stamtąd wyściubić nosa – Jęknął z bólu- rozumiesz?

– Sama nigdzie nie idę. Kall spojrzał na przyjaciółkę.

– Aki, biegnij w stronę polany, ja pomogę Erykowi – rzucił stanowczo. Podmuch wiatru przyniósł ze sobą gorąc bijący od palących się domostw. Śmierdzące opary drażniły gardło i szczypały w oczy.

– Kall ma rację. Schowaj się i obiecaj, że nigdzie się stamtąd nie ruszysz, póki nie zrobi się bezpiecznie – dodał szybko Eryk. Pot rzeźbił sobie ścieżki po jego twarzy. Oczy nastolatki zaszły łzami.

– Nie zostawię was – wykrzyczała. Silny wybuch ponownie wstrząsnął ziemią. Dziewczyna spanikowana obejrzała się przez ramię. Ich dom stał w płomieniach, które powoli trawiły jego walące się już ściany. Po ukochanym ogrodzie jej matki pozostały tylko zgliszcza. Miejsce, w którym wychowywała się tyle lat, gdzie przeżyła wiele wspaniałych chwil, w jednej sekundzie przemieniło się w pożeraną przez ogień ruinę.

– Aki! – trzaski łamiących się konstrukcji, zagłuszały zniecierpliwiony głos Kalla – błagam uciekaj, zaraz do ciebie dotrzemy! Niepewnie spojrzała na brata, czując jak ściska jej się serce.

– Obiecaj – powtórzył Eryk bezgłośnie, patrząc siostrze w oczy. Po policzku Akiry spłynęła pojedyncza łza. Jeszcze raz mocniej ścisnęła jego dłoń.

– Obiecuję – wydusiła wreszcie, choć to słowo paliło ją jak rozżarzone żelazo.

– Będę na was czekać – schwyciła leżący na ziemi łuk, zerknęła znacząco na Kalla i pędem rzuciła się w stronę niedalekich drzew. Widział jak dziewczyna znika w otchłaniach dymu.

– Opiekuj się nią – usłyszał głos Eryka. Wrócił spojrzeniem do rannego przyjaciela.

– Wydostanę cię stąd – stwierdził stanowczo, delikatnie podnosząc go z ziemi. Eryk zdrową ręką oparł się na koledze, głośno pojękując. Widać było, że każdy ruch sprawia mu ogromny ból. Krok za krokiem, przybliżali się jednak do ściany lasu, w kierunku której pobiegła Akira.

– Kall – Eryk sapał przyjacielowi do ucha – oboje wiemy, że to na nic. Rana jest zbyt głęboka. Nawet jeśli dotrzemy na polanę, nie mamy nic co pomogłoby zatamować krwawienie. Ten jednak wydawał się być głuchy na słowa rannego chłopaka. Wciąż nie dawał za wygraną, ciągnąc ze sobą młodzieńca. Płomienie zewsząd strzelały w górę, buchając gorącem, a wiatr szarpał porozrzucane części palących się zagajników i – jakby na złość – podsuwał pod nogi obu chłopcom. Eryk potknął się o wystający z ziemi kawałek zwęglonego ogrodzenia, ale przyjaciel trzymał go mocno, nie pozwalając mu upaść. Z zaciśniętą szczęką uparcie kierował ich w stronę zarośli, gdzie w głębi poszycia ukryta była ścieżka prowadząca na upragnioną polanę. Starał się nie zauważać jak jego przyjaciel powoli słabnie coraz rzadziej przeplatając nogami. Złapał go mocniej pod zdrowe ramie, ale Eryk jęcząc zaczął osuwać się na ziemię.

– Kall, nie dam rady – sapał zdyszany – musisz uciekać.

– Nie ma mowy – nastolatek próbował pomóc mu wstać – wydostanę cię stąd. Jednak Eryk nie miał zamiaru dalej się ruszać. Oparł głowę o leżący obok wielki głaz i przymknął oczy. Kall rozejrzał się wkoło. Wszędzie tylko płomienie, dym i walący się gruz. Nigdzie nie widział napastników, którzy rozpętali to piekło. Odwrócił się do tyłu. Byli już tylko kilkanaście metrów od niewielkiej kępy dzikich jeżyn, za którą rosły coraz wyższe krzewy i zaczynał się las. Schylił się by wziąć na ręce przyjaciela, ale tamten odsunął go kręcąc głową.

– Opiekuj się nią – wydyszał słabo, podając koledze dłoń.

– Razem to zrobimy- rzekł stanowczo Kall. Tak bardzo chciał dodać koledze otuchy – tylko wytrzymaj jeszcze chwilę. Niestety Eryk był już na wpół przytomny. Resztkami świadomości, spojrzał w oczy przyjaciela i uśmiechnął się na pożegnanie.

– Nie – rozpaczliwie krzyknął Kall, delikatnie potrząsając ciałem rannego chłopca. To nie mogło tak się skończyć. Ich trójka musiała przetrwać.

– Opiekuj się moją siostrą, przyjacielu – powiedział cicho Eryk i odszedł do krainy wiecznego snu.

***

Akira szybko przedzierała się przez gęste zarośla. Gałęzie szarpały jej włosy i kaleczyły ramiona, ale nie baczyła na nic prąc do przodu, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Nieopatrznie potknęła się o wystający korzeń i upadła na pokrytą mchem ziemię. Usłyszała za sobą tętent kopyt. Jeźdźcy byli już blisko. Musieli zauważyć jak przemykała przez zagajnik kierując się w głąb lasu. Zbierając ostatki sił, wstała i ruszyła dalej. Na moment przeszło jej przez myśl, by próbować jakoś zmylić napastników i pokierować inną drogą, ale na to nie było już czasu. Wreszcie jej oczom ukazał się rząd potężnych, wysokich na kilkanaście metrów świerków, za którymi znajdowało się zejście do niewielkiej doliny, gdzie ukryta była polana. Pokonując ostatnie metry, przebiła się przez iglaste przeszkody i delikatnym urwiskiem, przyklękając, zsunęła się w dół. Dwie wysokie turnie otaczały polanę swym skalistym murem, a przy przeciwległym wodospadzie wyryta była niewielka jaskinia, której wejścia broniły gęste, dzikie zarośla. O tej skrytce wiedzieli tylko ona, Kall i Eryk. Pozostałe dzieciaki z wioski nigdy nie zapuszczały się w te rejony lasu, a dorośli polowali w bogatych w zwierzynę, wschodnich częściach boru. Dziewczyna szybko zaszyła się w ukryciu, starannie osłaniając wejście do groty. Wiedziała, że jeśli jakimś cudem ją tu znajdą, nie będzie miała możliwości ucieczki. Z jaskini było tylko jedno wyjście. Czekała nasłuchując czy nikt nie nadjeżdża, a przedłużająca się cisza napawała ją zarówno lękiem jak i nadzieją. Minęło dobrych kilkanaście minut nim odważyła się odrobinę uchylić leśną zasłonę, by zerknąć czy na dobre zgubiła swój pościg. Niestety po chwili na polanę wjechało trzech uzbrojonych jeźdźców. Dwóch z nich odzianych w drewniane kolczugi zsiadło z koni, rozglądając się dookoła. Ciemności rozświetlały im trzymane w dłoni pochodnie.

– Szukać! – wydał rozkaz trzeci. Wyglądał najgroźniej z całej bandy. Oprócz zbroi miał na sobie czarny, długi płaszcz z kapturem, który skutecznie ukrywał rysy jego twarzy. Przerażona Akira wstrzymała oddech kiedy podjechał bliżej zarośli i odwrócił głowę w stronę wejścia do groty. Przez moment pomyślała, że jego zasłonięte kapturem oczy dostrzegły jej drobną postać, przylepioną do ściany jaskini. Jeszcze tylko krok dzielił ją od zguby. Poczuła jak strach łapie ją za gardło, więc przełknęła cicho ślinę i zamknęła oczy. W tym momencie w oddali rozległ się głos jednego z pozostałych jeźdźców.

– Panie, polana jest czysta – zakomunikował. Jej prześladowca odwrócił się w stronę towarzyszy.

– Na konie – rozkazał ochryple, wymachując przy tym ręką, w której trzymał pochodnię – wracamy do wioski szukać niedobitków. Jeszcze raz obejrzał się wkoło i ruszył przodem w stronę ścieżki prowadzącej z powrotem do lasu.  

Akira przez długi czas siedziała w ciszy wpatrując się przez odchylone liście na opuszczoną polanę. Próbowała dojrzeć jak z ciemności wyłania się Kall wraz z Erykiem. Odniosła wrażenie, że głośne bicie jej serca zagłusza nawet szum płynącego wodospadu. Modliła się w duchu, by powracający do wioski napastnicy, nie spotkali po drodze obu chłopców. Czas mijał, a na horyzoncie nie pojawiała się żadna bliska jej osoba. Pełna złych przeczuć, chciała pobiec w stronę osady, ale bała się, że w ciemności mogłaby przeoczyć ukrywających się gdzieś w lesie młodzieńców. A gdyby dotarli tu wreszcie i zauważyli, że jej nie ma, zapewne udali by się bezzwłocznie na poszukiwania nie bacząc na stan rannego Eryka. Poza tym była jeszcze obietnica, jaką złożyła bratu. A on doskonale zdawał sobie sprawę, że traktuje takie rzeczy bardzo poważnie. Kwadranse mijały, a nastolatka bijąc się z myślami wypatrywała chłopców. W końcu zmartwiona i przerażona zasnęła tuż przed świtem.

Obudziła się gdy słońce zaglądało do groty przez zielone porośla. W pierwszym momencie nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale za sekundę wszystko do niej dotarło. Krew zastygła w jej żyłach. Skoczyła na równe nogi i wybiegła z pustej jaskini, mając nadzieję, że młodzieńcy odpoczywają gdzieś na zewnątrz. Gdy zawiedziona nie spotkała tam nikogo, postanowiła jak najszybciej wrócić do wioski. Z jaskini wzięła łuk, który był teraz jej jedyną bronią, zarzuciła na plecy uszytą przez matkę torbę i ruszyła wyznaczoną sobie ścieżką. Kroczyła ostrożnie wśród leśnych połaci, a im bliżej była celu tym mniej zwyczajnych odgłosów przyrody słyszała wokół. Nawet ptaki nie śpiewały swych codziennych, dziewiczych pieśni. Wciąż jednak miała nadzieję, że gdy dotrze do wioski spotka bliskie jej osoby, a wydarzenia poprzedniej nocy okażą się tylko kolejnym, koszmarnym snem. Niestety po dotarciu na miejsce, jedyne co ujrzała, to zgliszcza pozostałe po ukochanym Eldakar, niemal zwęglone ciała większości mieszkańców oraz… zwłoki jej drogiego brata. Zaś jedynym odgłosem unoszącym się w tej chwili nad zrujnowaną osadą był chwytający za serce płacz osamotnionej dziewczyny.  

***

Kall obudził się spocony. Bolały go wszystkie mięśnie, a głowa pulsowała żywym ogniem. Dotknął czoła i poczuł, że ma na sobie bandaż. Zdezorientowany rozejrzał się wkoło. Niewielkie pomieszczenie mieściło w sobie łóżko, przy którym stało obite materiałem ciemne krzesło, starą komodę i mały, drewniany stolik. Leżała na nim misa wypełniona wodą oraz skrawki pokrwawionych szmat. Próbował przypomnieć sobie co się stało i w jaki sposób znalazł się właśnie tutaj. Pamiętał jedynie, jak trzymał w ramionach zmarłego przyjaciela oraz to dziwne uczucie, gdy za jego plecami rozległ się złowieszczy śmiech. Nie zdążył jednak odwrócić głowy i spojrzeć w twarz napastnikowi, bo w tym samym momencie dostał czymś twardym w skroń. Potem była już tylko ciemność. Z zamyślenia wyrwał go odgłos czyiś kroków. Do pokoju wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Wyglądał na około trzydzieści pięć lat. Długie, jasne włosy spięte były w kucyk. Ubrany w luźną, szarą koszulę i brązowe, starte spodnie przysiadł na krześle stojącym przy łóżku.

– Obudziłeś się – rzekł przyjaźnie – a już zaczynałem się martwić. Kall lekko skinął głową, nie wiedząc co odpowiedzieć. Jegomość wyglądał na kogoś, kto nie miał złych zamiarów, ale po ostatnich wydarzeniach, nie zaszkodziło mieć się na baczności. Niespodziewanie podchwycił pewną myśl i próbując zerwać się z łóżka, opadł na nie z powrotem z grymasem bólu na twarzy.

– Aki – wyszeptał cicho i stracił przytomność. Gdy ocknął się po raz drugi mężczyzna opatrywał jego ranę na głowie. Potężne dłonie sprawnie uwijały się z zakrwawionym bandażem.

– Nieźle oberwałeś – stwierdził sucho. Chłopak próbował podnieść się na łokciach, by pokazać, że nie jest całkiem bezradny.

– Nie ruszaj się póki nie skończę – jegomość jeszcze przez chwilę poprawiał opatrunek, po czym wziął ze stolika niewielką agrafkę i spiął dwie strony bandaża.

– Na jakiś czas powinno wystarczyć – zaznaczył, wycierając dłonie o jedną ze szmat. Wyszedł na moment z pomieszczenia, by za chwilę wrócić ze szklanką pełną wody. Podał ją rannemu chłopcu. Kall z wdzięcznością przyjął napitek. Gardło paliło go żywym ogniem.

– G… gdzie ja jestem? – przerywanym głosem spytał, gdy już ugasił pragnienie.

– W moim domu – mężczyzna odstawił szklankę na stolik – znalazłem cię nieprzytomnego pośrodku zrujnowanej osady, cztery dni temu.

– Cztery dni – chłopak poczuł jak jego serce zamiera – muszę jak najszybciej wrócić do Eldakar. Spojrzał na nieznajomego, mając nadzieje, że ten bez problemu pozwoli mu odejść. Choć nie do końca wiedział jak miał by to zrobić, ponieważ nogi zdawały się nie słuchać rozkazów. Jednak w tym momencie liczyło się tylko odnalezienie Akiry. Wierzył, że przyjaciółce udało się zbiec. Jękną, poprawiając się na łóżku.

Mężczyzna wstał i ze splecionymi z tyłu dłońmi zaczął przechadzać się po pokoju. Po chwili przystanął i ciekawie przyglądał się rannemu chłopcu. Kall odniósł wrażenie, jakby wiedział o nim więcej niż on sam. Ale przecież nie spotkali się nigdy wcześniej.

– Rozumiem twoje zniecierpliwienie – rzekł nagle tamten – mogę cię jednak zapewnić, że w wiosce i jej okolicy nie znajdziesz nikogo żywego. Przez twarz obcego człowieka przemknął faktyczny smutek. Wyglądał jakby i jego dotknęła cała ta tragedia. Zaraz jednak uczucia znikły, a mężczyzna znów przemówił pewnym siebie głosem.

– Posłuchaj – zaczął ostrożnie– wiem, że w tej całej masakrze, jaka nawiedziła Eldakar, musiałeś stracić wielu bliskich. Ale nawet jeśli liczysz, że ktoś przeżył, to z pewnością dla własnego dobra już dawno opuścił okolice osady. Tam nadal nie jest bezpiecznie. Kall poczuł, że ogarnia go czarna rozpacz. To musiał być jakiś chory żart. Jego matka i siostry, Daren, Serlena i Eryk oraz najbardziej niewinna i dobra istota jaką znał – Akira – oni wszyscy zginęli w przeciągu jednej nocy, zostawiając go samego? Jeśli tak by się stało, wszystkie jego cele, dążenia i marzenia odeszłyby razem z nimi. Strapiony zamknął oczy. Czy naprawdę jego przyjaciółka nie dotarła do kryjówki? W myślach wrócił do wydarzeń sprzed kilku dni.

Pamiętał jak po urodzinach Akiry, jeszcze tego samego wieczoru, matka poprosiła go by zaniósł do Thern lecznicze zioła, wspomagające gojenie. Córka jej przyjaciółki właśnie urodziła syna, a ponieważ poród był ciężki, kobieta potrzebowała czegoś na zabliźnianie się ran. Kall dostarczył lekarstwo najszybciej jak się dało. Gdy opuszczał dom, pełnych wdzięczności kobiet, na dworze panował już przeciągły mrok. Chłopak nigdy nie bał się ciemności, dlatego spokojnym spacerem pokonywał trasę powrotną. Wiedział, że ma przed sobą dobre dwie godziny drogi. Ciesząc się z chwili samotności wspominał radość jaką sprawił przyjaciółce jego urodzinowy podarunek. Długo czekał aż jeden z przyjezdnych kupców dostarczy mu do Thern obiecaną broszkę. Gdy tak rozmyślał do jego nozdrzy dotarł dziwny zapach. Wciągnął powietrze i rozejrzał się wkoło. Do Eldakar miał jeszcze dobrych kilka kilometrów, jednakże wydawało mu się, że niebo w tamtym kierunku pokrywa jaśniejsza łuna. Pełen złych przeczuć przyspieszył kroku. Z każdą minutą las robił się coraz bardziej mglisty, ale młodzieniec wiedział już co się święci. Powietrze powoli przesiąkało dymem. Puścił się biegiem w kierunku wioski. Gdy dotarł na skraj lasu jego oczom ukazał się obraz jak z koszmaru. Domy, przybudówki i liczne zadbane wcześniej małe ogródki – wszystko stało w płomieniach. Ci, którym udało się wydostać z budynków płakali lub przerażeni wrzeszczeli w niebogłosy. Rzucił się w kierunku własnego domu. Niestety, gdy minął szereg walących się zabudowań zauważył, że z miejsca, w którym wychowywał się od urodzenia pozostały niemalże zgliszcza. Zrozpaczony wykrzykiwał imiona swoich bliskich, podobnie jak wiele osób, które szaleńczo biegały po wiosce. Niespodziewanie jego uszu doszedł krzyk. Znał ten głos. Risa – jego mała, siedmioletnia siostra, stała teraz pośrodku całego pobojowiska, a przed nią jeździec na karym koniu zamachnął się, uderzając dziecko w brzuch. Kall w mgnieniu oka przebiegł dzielącą ich odległość i z dzikim rykiem rzucił się w kierunku napastnika, ściągając go z konia. Jego zaciśnięte pięści uderzały przeciwnika dopóki tamten nie stracił przytomności. Chłopak podbiegł do leżącej nieopodal drobnej postaci.

– Ris, dziecinko otwórz oczy – błagał trzymając siostrę w ramionach. Mała zamrugała i na moment uniosła powieki.

– Kall – wysapała z wielkim trudem – mama i Lori… nie żyją. Nabrała powietrza jakby mówienie wymagało od niej zbyt dużego wysiłku.

– Cicho, kwiatuszku – pocieszał dziecko osłaniając od strzelających płomieni jednego z ogrodzeń – wszystko będzie dobrze. Zaraz cię stąd zabiorę. Jednak dziewczynka nie słyszała już słów brata. Jej zamknięte oczy i nieruchoma klatka piersiowa świadczyły o tym, że odeszła już z tego świata. Kall poczuł, jak szczypią go oczy.

-Proszę nie – szeptał błagalnym tonem. Uniósł wyżej bezwładną postać swojej siostrzyczki i przytulił do piersi. Jego silnym ciałem wstrząsnął szloch. Przez moment trwał tak pośrodku piekła i pozwolił płynąć łzom. Nie wiedział, ile czasu minęło nim podniósł głowę. A wtedy kilkadziesiąt metrów dalej przy północnym skraju wioski dostrzegł jak kolejny ze zbrodniarzy, którzy napadli na Eldakar wrzuca płonący knot do jednej z ocalałych jeszcze chat. Wczorajszego popołudnia spędził tam wiele miłych chwil na przyjęciu urodzinowym Akiry. Ostatni raz ucałował blady policzek siostry, po czym ułożył nieruchome ciało dziecka na ziemi, z myślą, że wkrótce wróci je pochować. Zacisnął szczęki, po czym szybko wstał i ruszył w kierunku domu Eryka.

Młodzieniec ocknął się z zamyślenia na dźwięk usłyszanych słów.

– … tak?- dotarł do niego tylko koniec pytania. Jego wybawca uśmiechnął się smutno, ale ze zrozumieniem.

– Masz na imię Kall, prawda? – ponownie się odezwał. Chłopak zdezorientowany przytaknął tylko głową.

– Znałem twojego ojca… dawno temu – nieznajomy spuścił wzrok jakby wracał myślami do wspomnień. Po chwili odezwał się znowu.

– Chciałbym zaproponować ci swoją pomoc. Jeśli oczywiście ją przyjmiesz. Nastała chwila ciszy, przerywana jedynie zgrzytaniem gałęzi, ocierających się o szybę w niewielkim oknie.

– Dlaczego? – to było pierwsze pytanie jakie przyszło Kallowi na myśl. Obcy spojrzał na chłopca, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk.

– Powiedzmy, że jestem winny twojemu ojcu przysługę – nie spuszczał wzroku z młodzieńca – masz prawo czuć się zagubiony i nie oczekuję, że od razu mi zaufasz. Jednakże myślę, że z czasem wiele rzeczy stanie się dla ciebie bardziej zrozumiałych. Westchnął powoli. Jego spojrzenie było szczere.

– To jak będzie? Zgadzasz się na moje towarzystwo? – zapytał ponownie. Kall siedział przez chwilę zapatrzony w swoje dłonie. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę został sam. To wszystko jeszcze do niego nie docierało. I jeszcze ten obcy człowiek, który go ocalił. Nie miał pojęcia czego od niego chce, ale podświadomie czuł, że może mu ufać. Poza tym nie miał już nic do stracenia.

– Chyba nie mam wyboru – odpowiedział bez entuzjazmu – w tej chwili i tak nie mam, co ze sobą zrobić – przełknął ślinę, zerkając w kierunku swojego wybawcy – Poza tym uratował mi pan życie. Jestem wdzięczny – dodał zrezygnowany. Wciąż miał nadzieję, że zaraz obudzi się z tego okrutnego snu i zajmie swoimi codziennymi obowiązkami, pozwalającymi godnie utrzymać rodzinę. Rodzinę, której już nie miał.

– Mam na imię Xargoth – mężczyzna wyciągnął w jego kierunku dłoń, ale Kall skinął tylko głową i opadł na posłanie. Pustymi oczami utkwił wzrok w przeciwległej ścianie. Nieznajomy wstał i cicho podszedł do drzwi.

– Tam w wiosce – usłyszał łamiący się głos młodzieńca, gdy jego ręka spoczywała na klamce – chciałbym kogoś pochować. Odwrócił się niespiesznie.

– Ciała twojej matki i Lori, spłonęły w pożarze – oznajmił z przykrością – a jeśli chodzi o Risę i twojego przyjaciela – już się tym zająłem. Kall nawet się nie obejrzał. Nie interesowało go skąd mężczyzna znał jego bliskich. I tak ich stracił. Nie zdążył na czas. Zawiódł ich. I jeszcze coś. Ciarki przeszły mu po plecach. Akira. Musieli dorwać ją gdy uciekała na polanę. Poczuł, że zbiera mu się na mdłości. Naprawdę chciał tam wrócić. Chciał znaleźć jej ciało i oddać należyty szacunek. Jednak… nie wiedział, czy potrafi. Bo gdyby stanął nad jej zwłokami i zobaczył, że ta pełna życia, miłości i czystej ludzkiej bezinteresowności dziewczyna już nigdy się do niego nie uśmiechnie, nie odpowie na żart i nie będzie szukać pocieszenia z powodu wybryków jej brata to wtedy, jego serce, pękło by na pół. Nie. Ono już było pęknięte. Po prostu rozsypało by się na setki, niemożliwych do poskładania kawałków.

Nawet nie zauważył, że mężczyzna wciąż stoi w progu. Dopiero, gdy zrozumiał sens wypowiedzianych przez niego słów, zerwał się z posłania jakby raził go piorun.

– Zanim pochowałem ciało Risy i Eryka, na ich zwłokach znalazłem piękne białe kwiaty. Lilie – oznajmił – jakiś dobry człowiek musiał je tam zostawić. Przebierając bezwiednie nogami, chłopak podszedł do nieznajomego, łapiąc go za ramię.

– Kiedy?! – Nawet nie zwracał uwagi, że kręci mu się w głowie – Kiedy ostatnio był pan w wiosce? Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony wybuchem. Mimo to spokojnie odpowiedział.

– Dwa dni temu… ich pochowałem.

Kall zatoczył się chwiejnie i robiąc parę kroków w tył, opadł na łóżko. Objął rękami głowę. To nie mógł być zbieg okoliczności – myślał gorączkowo. To musiała być ona – Akira. Jej ulubione kwiaty. Białe lilie. W pobliżu osady było ich niewiele. Jednak na polanie, przy wodospadzie rosło ich całkiem sporo. Zawsze wplatała sobie jeden w warkocz. Nabrał powietrza, czując wracającą nadzieję. Czepił się jej jak tonący ostatniej deski ratunku. Dziewczyna musiała jakoś dotrzeć do ich kryjówki, spędzić tam noc i wrócić, by szukać swoich bliskich. Nawet nie chciał myśleć, jak się poczuła, gdy zobaczyła to, co zostało z osady. I… znalazła martwe ciało Eryka. A jego przy nim… nie było. Podniósł głowę.

– Musimy tam wrócić – rzucił zdecydowanie, patrząc na Xargotha – jest ktoś, kto ocalał. Serce łopotało mu w piersi – moja przyjaciółka. Ma tylko trzynaście lat, nie poradzi sobie sama. Musimy ją znaleźć. Jego wybawca uśmiechnął się znacząco, jakby doskonale wiedział o kogo chodzi.

– Spokojnie – rzekł opanowany – odnajdziemy dziewczynę.

Reklamy

2 thoughts on “Rozdział 2 „Strata”

  1. Karo pisze:

    To jest wspaniałe, co prawda wyłapałam drobne błędy w pisowni, ale fabuła jest po prostu cudowna, życzę dużo weny. ♡

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s