Rozdział 4 „Świątynia Izmer”

Słońce ciekawie wyglądało znad gór. Wysokie zbocza, porośnięte bujną roślinnością, skrywały w swym runie najróżniejsze zwierzęta. Pomiędzy gęstymi zaroślami dostrzec można było nory królików oraz lisów. Położone wyżej, wykute w skale, niewielkie jamy, dawały schronienie wilkom. Woda spływała po skalnych urwiskach, tworząc w licznych miejscach malutkie wodospady. Piękne, często nieznane dotąd kwiaty, porastały ogromne połacie tej górskiej kotliny. Patrząc na to wszystko, można by pomyśleć, że owego krajobrazu nie skaziła dotąd żadna ludzka ręka. Jednakże przeczyła temu, położona pośrodku doliny monumentalna budowla. Centralny punt kompleksu kilku budynków otoczonych wysokim murem, stanowiła potężna Świątynia. Po kamiennych ścianach zamku pięły się zielone pnącza gron. W zaokrąglonych oknach tańczyły iskierki promieni słonecznych. Cztery wysokie wieże sprawiały wrażenie jakby swym szczytem chciały dotknąć chmur. W lewym przybocznym budynku znajdowało się dormitorium, refektarz oraz łaźnie. Tam właśnie wielu kapłanów, misjonarzy i uczonych udawało się na spoczynek po wielogodzinnych modlitwach oraz naukach. Prawą, kwadratową budowlę nazywano Świątynią Mniejszą. Tu większość uczniów kultywowało wiarę i poznawało historię zamierzchłych czasów, kiedy to na świecie panował chaos, a niezwykła moc bogini Izmer, pozwoliła uwolnić się od czarnej przyszłości.  

Wejścia na wewnętrzny dziedziniec strzegła żelazna brama. Za murami Świątyni uprawiano żyto, kukurydzę i różnego rodzaju zioła, które po żniwach składowane były w spichlerzu wewnątrz świątynnych murów.

Lukasa obudził dźwięk poruszonego dzwonu. Przekręcił się na drugi bok, zakrywając głowę poduszką, ale ten sygnał nie dawał o sobie zapomnieć. Znali go wszyscy młodsi uczniowie, a oznaczał: „ruszcie się – czas na poranną modlitwę”. Niedługo potem, nadal zaspany, był już w drodze do niewielkiej kaplicy, znajdującej się w budynku Świątyni Mniejszej. Trafił tu ponad dwa lata wcześniej, gdy jego rodzinne miasteczko Nawer zostało napadnięte przez bandę łotrzyków i doszczętnie spalone. Stracił wtedy ojca, który pomijając mocno podeszły wiek, zawsze był młody duchem i stanowił ogromne wsparcie dla niesfornego chłopaka. Lukas sam ledwo uszedł z życiem, dzięki kapłanowi, który odnalazł go nieprzytomnego na szlaku, prowadzącym do niegdyś pięknego Maersan – jednego z trzynastu miast Faerlis. Jego wybawiciel przyprowadził go tu, do świątyni i pomógł mu dostać się w szeregi młodej grupy uczniów. Od tamtej pory już go nie widział. Nawet nie znał jego imienia.

-Luk! – z zamyślenia wyrwał go głos Evarna, który machał do niego z oddali – pospiesz się! Jeszcze jedno spóźnienie i możemy mieć kłopoty!

-Zdążymy! – odparł młodzieniec, podbiegając do przyjaciela. Evarn był jego towarzyszem odkąd zjawił się w tym miejscu. Jego okrągła twarz i taka sama postura współgrały z zabawnym charakterem. Razem nieraz ładowali się w kłopoty, ale jak do tej pory udawało im się unikać większych konsekwencji. W ostatniej chwili obaj wbiegli do kaplicy i zajęli miejsca w jednej z drewnianych ław.

Poranna modlitwa była tradycją, o której każdy młody uczeń nie mógł zapomnieć. Msza rozpoczynała i kończyła się pieśnią. Podczas kazania kapłan opowiadał o zasadach panujących w świątyni, których przestrzeganie nigdy nie było mocną stroną zarówno Lukasa jak i Evarna oraz raczył wszystkich starymi opowieściami o Czasach Niepokoju i początkach powstania tego miejsca. Lukas znał już wiele legend. Najbardziej utkwiła mu w pamięci historia Wojny Chaosu i pola Thanden zasiane szczątkami poległych. Niestety kapłan, w przeciwieństwie do innych historii, przytoczył ją tylko raz i już nigdy więcej do niej nie powrócił. To jednak wystarczyło, by w chłopaku obudziła się tęsknota za ojcem, który zawsze z zapartym tchem rozwodził się właśnie nad tą legendą. Luk nigdy nie zastanawiał się skąd w rodzicu brał się zapał do ciągłego przytaczania historii bitwy pod Thanden oraz miłość i podziw wobec bogini Izmer, która odegrała w niej kluczową rolę.

Z rozmyślań wyrwało go przeciągłe chrapanie. Spojrzał na Evarna, którego ramiona podpierały się o przednią ławę, a na nich spoczywała głowa. Jego charchot zdążył przyciągnąć już uwagę niejednego ucznia, a ślina kapiąca z ust stworzyła niewielką kałużę na marmurowej posadzce. Genialnie – pomyślał Lukas dając koledze kuksańca w bok. Ten jednak nabrał tylko powietrza i z jeszcze głośniejszym chrapnięciem wypuścił je z płuc.

– Ev – syknął Lukas uderzając ponownie nieco mocniej, w efekcie czego przyjaciel szarpnął się jak oparzony, stanął na baczność i zaczął głośno ryczeć w rytm pieśni wieńczącej kazanie. I może wszystko uszło by jeszcze uwadze prowadzącego mszę kapłana, gdyby nie fakt, że był on dopiero w połowie swojego wywodu.

Luk rozejrzał się po przerażonych twarzach innych uczniów, zerknął w kierunku mównicy, na czerwonego ze złości kapłana, po czym westchnął zrezygnowany, podniósł się z ławy i dołączył w śpiewie do swojego zdezorientowanego przyjaciela. I to by było na tyle jeśli chodzi o unikanie kłopotów- stwierdził w myślach.

– Dosyć! – duchowny imieniem Merit, wyglądał jakby miał chęć nabić obu młodzieńców na pal – Lukasie Vertline i Evarnie Peer, czyżbyście próbowali dać mi do zrozumienia, że powinienem zakończyć już mszę? Jego sokoli wzrok przerzucał się z jednego chłopca na drugiego.

– Ee… prze…przepraszam, to moja win… – pierwszy odezwał się Evarn, ale Luk nie pozwolił mu dokończyć.

– Nawet nam to nie przeszło przez myśl kapłanie – przerwał koledze – zapragnęliśmy jedynie oddać cześć bogini Izmer, o której zawsze opowiadasz z takim przejęciem – dokończył, mając nadzieje, że Matka Światła nie będzie mu miała za złe tego wykrętu.

Duchowny odchrząknął dwa razy, nieco połechtany, i już miał odpowiedzieć, gdy niespodziewanie potężny, ogłuszający grzmot wstrząsnął kaplicą. Zaraz potem rozległ się następny. Każdy spoglądał po sobie, nie wiedząc o co chodzi. Lukas przez jeden, głupi moment, pomyślał, że to tylko Evarnowi burczy w brzuchu, ale nawet podczas postu towarzysz nie dopuszczał się do takiego głodu.

Na zewnątrz słychać było niezwykłe poruszenie. Po kilku sekundach do kaplicy wbiegł jeden ze starszych adeptów.

-Wszyscy wyjść!- rozkazał krzycząc- biegnijcie schronić się w głównej świątyni.

Gdy kończył ostatnie zdanie w pomieszczeniu zawrzało. Spanikowani uczniowie chórem wybiegali z ławek by udać się we wskazane miejsce. Lukas i Evarn jako jedni z ostatnich opuścili kaplicę. Na dziedzińcu panował straszny ruch. Wszyscy zmierzali ku świątyni. Luk spojrzał w górę i aż otworzył usta ze zdumienia. Wysoko nad ich głowami połyskiwała w świetle dnia niemal przezroczysta kopuła osłaniająca wszystkie zabudowania. Swymi ramionami sięgała krańca murów, tworząc niezwykłą, magiczną osłonę. W jej powierzchnię raz po raz uderzały ogniste kule, rozlewając płomienie po krystalicznej powierzchni. Młodzieniec zafascynowany stał patrząc w górę. Jakimś cudem do jego uszu doszedł krzyk Evarna.

– Luk! Co ty robisz?! Pospiesz się! Chłopak był naprawdę zdenerwowany. Lukas szybko dołączył do przyjaciela i razem przekroczyli próg Głównej Świątyni. W środku zebrało się już sporo wiernych. Tak naprawdę przez te dwa lata, Lukas był tutaj może z dziesięć razy. Zawsze, kiedy miał miejsce ważny apel, zarówno młodsi jak i starsi uczniowie, zbierali się Świątyni Izmer, by wysłuchać słów Wyższego Kapłana. Był on prawie najwyższy rangą w obowiązującej tu hierarchii. Oczywiście pomijając samego szefa wszystkich szefów, czyli Arcykapłana. Młodzieniec rozejrzał się wkoło, powoli nabierając powietrza. Zawsze podziwiał to miejsce. Wyglądało tak majestatycznie i sprawiało wrażenie, jakby mury ułożone z kolorowego, pięknego kamienia, były niezniszczalne. Sklepienie obsypane licznymi malowidłami wydawało się być ruchome. Witrażowe okna przedstawiały przeróżne, zapewne wyniesione z legend sceny. Najbardziej jednak wzrok przyciągał sam ołtarz. Stał tam tylko jeden, złoty stół, na którym spoczywała najpewniej bardzo stara księga. A za nim, przymocowany wysoko do ściany, ulokowany tuż pod trzema strzelistymi oknami, rozpościerał się ogromny, mozolnie wyszyty, piękny gobelin. Przedstawiał on kobietę o złotych włosach i niezwykle błękitnych oczach. Mimo dojrzałego wieku, jej uroda przywodziła na myśl, skąpane w świetle księżyca wodne nimfy lub syreny wabiące swym śpiewem zagubionych żeglarzy. Nie to, żeby Luk osobiście kiedykolwiek widział takowe istoty, ale to porównanie wydawało się jak najbardziej pasować do niezwykłej postawy przedstawionej tu bogini. Jak łatwo było się domyślić, na gobelinie wyszyto postać samej Izmer – Matki Światła. Na jej głowie spoczywał diadem składający się z pięciu, kryształowych gwiazd. Każda z nich była innego koloru: niebieska, zielona, szara oraz czerwona. Ostatnia z nich, ale znajdująca się pośrodku, zdawała się być zwykła, przezroczysta ,jednak to ona najbardziej przyciągała spojrzenie swym krystalicznym blaskiem. Lukas nie mógł nadziwić się wyjątkowym zdolnościom osoby, która wykonała ów wizerunek. Przeniósł wzrok na ołtarz. Wyższy Kapłan korzystał w tej chwili z obitej skórą starej księgi. Jego słowa układały się w znaną wszystkim modlitwę. Luk wraz z przyjacielem zajął stojące miejsce przy jednej z pierwszych ław.

– Pokój z tobą bogini Izmer – Pani Światła. Otocz nas swoją opieką, osłaniaj nasze serca i prowadź ku światłości. Głos prowadzącego niemal przebrzmiewał nad zewnętrznym hałasem. Kapłan uparcie wydobywał słowa z otwartej księgi, a wszyscy potwierdzali je, wypowiadając ciągle to samo, początkowe zdanie. Niespodziewanie Luk poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się naprędce i zobaczył przed sobą mężczyznę ubranego w dziwne szaty. Tak naprawdę, patrząc po stroju sam nie był pewny czy to duchowny czy żołnierz. Dopiero, gdy u podstawy ramienia dostrzegł wyszyty, znany mu symbol, zorientował się, że człowiek ów należał do wąskiego grona tak zwanych Misjonarzy. Z tego co wiedział, szerzyli oni naukę Izmer poza granicami Świątyni, a dobór osób zajmujących się tą profesją był dziwacznie pokręcony.

-Lucasie Vertline – rzekł nieznajomy- chodź ze mną. Arcykapłan chciałby cię widzieć. Luk w sekundę zastanowił się czy wygląda tak samo głupio, jak się czuje. Z wrażenia jego szczęka opadła do kolan, a oczy przypominały dwie wyłupiaste kule. Nie znał tego gościa. Obejrzał się na Evarna, ale ten tylko wzruszył ramionami równie zdezorientowany jak on.

-K… kto robi co? – wydukał chłopak, zwracając się z powrotem do nieznajomego.

-Arcykapłan chciałby cię widzieć – ponownie usłyszał słowa, które teraz niemal zagłuszył rumor dziejący się na zewnątrz Świątyni – to pilne – głośniej, lecz nadal spokojnie podkreślił mężczyzna.

Zdezorientowany Lucas, odetchnął trzy razy, zebrał się do kupy i ruszył za kapłanem. Nim zrobił jednak trzy kroki, odwrócił się na pięcie i wrócił do Evarna.

– Ev, uważaj na siebie- podał przyjacielowi dłoń- Spotkamy się wieczorem, przy kwaterach, jak już pogadam ze staruszkiem i dowiem się czego chce. Mrugnął porozumiewawczo.

– Dobra – Evarn oddał uścisk – powodzenia i do zobaczenia wkrótce. Lukas skinął głową i pobiegł za oddalającym się Misjonarzem. Nie wiedząc czemu odniósł dziwnie niemiłe wrażenie, że widzi przyjaciela po raz ostatni.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s