Rozdział 6 „Decyzja”

Akira miała dziwny sen. Znajdowała się w niewielkim pomieszczeniu. Przy przeciwległej ścianie stała malownicza ława, na której poukładane były dziecięce książki. Róg pokoju zajmowała kanapa z niezliczoną ilością lalek i innych zabawek. Wpół otwarte okno umieszczone na lewej ścianie, przesłonięte było delikatną fieraną. Pięknie namalowany gwiazdozbiór tworzył bajeczny sufit. Można było się domyślić, że pokój należał do dziecka. Wszystko to wydało się dziewczynie dziwnie znajome. Pośrodku izby stała ślicznie rzeźbiona kolebka, wyłożona miękkim pokryciem. Siedziała przy niej kobieta. Zwrócona tyłem do Akiry, trzymała w swych ramionach dziecię. Nuciła mu dobrze znaną dziewczynie kołysankę. Zaciekawiona nastolatka podeszła bliżej i dostrzegła, że dziecko w swej malutkiej dłoni ściska niewielki medalion. Identyczny jak jej własny. Momentalnie amulet wybuchł jaskrawym światłem, oblewając nim pokój. Akira zaskoczona przymrużyła oczy. Ostatnim co zobaczyła była twarz odwróconej w jej stronę kobiety, w rysach której rozpoznała swą ukochaną matkę.

Akira powoli uniosła powieki. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Znajdowała się z powrotem w swym akademickim pokoju. Obok łóżka siedziała skulona Seli, której twarz rozjaśnił uśmiech, gdy zobaczyła, że koleżanka odzyskała przytomność.

-Obudziła się!- wrzasnęła podniecona prostując plecy. Po chwili do pokoju wbiegł Xan, a tuż za nim nauczyciel od eliksirów. Akira złapała się za głowę, która nagle mocno ją rozbolała.

– Jak się czujesz?- spytał zaniepokojony chłopak, podchodząc z drugiej strony posłania. Nastolatka uniosła brwi.

-Czułabym się lepiej gdybyście tak nie krzyczeli- odparła. Była przekonana, że to dopiero początek radosnych pisków jej przyjaciółki i pouczających wywodów niesfornego elfa. Niepewnie spojrzała na Seli.

-Będzie zdrowa- stwierdziła śmiejąc się rudowłosa, po czym rzuciła się w ramiona zaskoczonej koleżanki.

***

Następnego dnia Akira czuła się na tyle dobrze, by wstać z łóżka. Nie zdążyła jeszcze dobrze obgadać całej sytuacji z przyjaciółmi, gdyż od razu została wezwana do dyrektora. Długi korytarz wyłożony drewnianą boazerią skręcał w prawo i prowadził schodami w górę. Były to jedyne schody na sam szczyt wysokiego budynku Akademii, gdzie znajdował się jego gabinet. Akira odwiedziła to miejsce tylko dwa razy. Pierwszy kiedy przyprowadzono ją na rozmowę kwalifikacyjną, pozwalającą wstąpić do grona młodych adeptów. Drugi, gdy przypadkowo za pomocą paru pstryknięć palcem wytłukła połowę szyb w szkolnej stołówce. O dziwo zamiast kary została przeniesiona klasę wyżej. Podobno ten osobliwy traf uważany był za nie lada wyczyn, ponieważ magiczne sztuczki tego typu były domeną starszych adeptów. Na nieszczęście trafiła do grupy, której przewodniczył Xan. On również wykazywał się niezwykłymi zdolnościami i lubował w utrudnianiu jej życia.

Po kilkuminutowej wycieczce stanęła przed drzwiami gabinetu. Ot tak ,dla reguły zapukała trzy razy i weszła do środka. Jak poprzednio, duże pomieszczenie zawalone było niezliczoną ilością świadectw oraz grafików, które zapewne wyznaczały godziny zajęć poszczególnych nauczycieli. Przy przeciwległej ścianie, przodem do wejścia stało mosiężne biurko, na którym spoczywało mnóstwo notatek i innych papierów. Za nim siedział dyrektor. W przeciwieństwie do ogólnie utartego wyglądu nie miał długich, siwych włosów i brody sięgającej kolan. Wyglądał na około czterdzieści pięć lat. Jasne brązowe włosy gdzieniegdzie przeplatały się z siwymi kosmykami, a dwa podbródki zapewne były wynikiem skłonności do tłustego jadła. Małe, ciemne oczy właśnie lustrowały nowo przybyłą.

-Usiądź Aki- wskazał na krzesło stojące przy biurku. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Nie wiedziała czego ma się spodziewać, choć przecież nie zrobiła nic złego. Wręcz przeciwnie. Drugi raz uratowała życie swojej przyjaciółki. To, że był to czysty przypadek, nie miało tu nic do rzeczy.

– Domyślasz się zapewne z jakiego powodu cię wezwałem?- spytał mężczyzna, nie odrywając od niej wzroku.

-Miałam nadzieję, że zostanę zwolniona z tygodniowego dyżuru w kuchni, ale po pana minie wnioskuję, że chyba się pomyliłam – uśmiechnęła się, próbując ukryć zdenerwowanie, które nagle ją dopadło.

Dyrektor wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Nie wyglądał jakby go rozbawiła. Wydawało jej się, że poprzednim razem miał większe poczucie humoru. Ale najwidoczniej pamięć płatała jej figle, bo w tej chwili przełożony był – delikatnie rzecz ujmując – nieco zestresowany.

-Wydarzenia sprzed dwóch dni dały mi do myślenia – zaczął ignorując jej odpowiedź –Nie chcę żebyś opatrznie mnie zrozumiała albo co gorsza pomyślała, że nie doceniam tego co zrobiłaś. Wydaje mi się jednak, że nasza szkoła nie potrafi ci już nic więcej zaoferować. Odwrócił się w stronę uczennicy. Nastała chwila ciszy, przerywana jedynie chrapliwym oddechem dyrektora.

-Nie rozumiem- wymamrotała zdezorientowana, gdy już odzyskała głos. Naprawdę nie wiedziała co miał na myśli.

– Uważam… – mężczyzna zawahał się przez moment – że powinnaś opuścić Akademię.

Akira poczuła się jakby dostała obuchem w głowę. Opuścić? Chyba się przesłyszała. Jednak mina przełożonego na to nie wskazywała. Dreszcz przeszedł jej po plecach, a nogi miała jak z waty. Gdyby w tej chwili nie siedziała na krześle, z pewnością padła by jak długa spotykając się z podłogą. Spodziewała się wszystkiego – pochwały, gratulacji, ale nie tego, co usłyszała. Do głowy przyszła jej tylko jedna myśl.

– Dlaczego? –wymamrotała bardziej do siebie niż do rozmówcy. Dyrektor odchrząknął, jakby nagle pożałował tego co powiedział, jednak w jego następnych słowach nie było nic, co ratowałoby jej sytuację.

– Jesteś już na ostatnim roku – zaczął ostrożnie – niedługo odbędzie się nowy nabór uczniów, a szkoła jest mocno przepełniona. Brakuje nam miejsc dla osób, które dopiero chciałby rozpocząć swoją przygodę z magią – mówił to, jakby nauczył się kwestii na pamięć – twoje umiejętności wykraczają już poza zakres wiedzy, jaki możemy ci zaoferować. Przerwał, spoglądając na zagubioną dziewczynę.

Akira w życiu nie słyszała głupszej wymówki. Owszem, zdawała sobie sprawę, że to jej ostatni rok nauki, ale był dopiero środek semestru i wielu uczniów pod koniec przyszłej zimy miało opuścić mury Akademii, ustępując miejsca przyszłym studentom. Nie zastanawiała się jeszcze, co ze sobą zrobi, gdy ukończy szkołę, a tu nagle okazuje się, że może nawet nie mieć czasu na myślenie o przyszłości.

– Jest wielu uczniów, którzy szczycą się lepszymi osiągnięciami niż ja. Może oni zechcieli by wrócić wcześniej do swoich rodzin – zaczęła się bronić, zdając sobie boleśnie sprawę, że za chwilę, może znowu zostać bez dachu nad głową. Poczuła, że robi jej się słabo. W tej chwili zrobiłaby wszystko, żeby zmienił zdanie. Wszystko, oprócz jednego. Nie cofnęłaby czasu, bo wtedy Seli wyglądałaby jak robak zdeptany przed trolla.

Dyrektor chodził wtem i z powrotem, coraz szybciej przebierając swoimi krótkimi nóżkami. Wyglądał jakby sam nie był pewny tego co robi. W końcu odezwał się zduszonym głosem.

– Posłuchaj Aki – oparł się rękami o biurko, by ukryć ich drżenie – trzy lata temu, przyjąłem cię do Akademii z otwartymi ramionami i wiem, że podjąłem wtedy dobrą decyzję. Usiadł na fotelu nie odrywając rąk od blatu – Tym razem, uważam podobnie. Pora byś wyruszyła dalej, szukać swojej drogi. Jestem święcie przekonany, że znakomicie sobie poradzisz. Myślę, że po ostatnim wydarzeniu, twoje umiejętności rozwiną się w błyskawicznym tempie.

Patrzył na nią jakby chciał usłyszeć coś na potwierdzenie swoich słów. Po ostatnim wydarzeniu? Czyli po tym jak uratowała życie swojej najlepszej przyjaciółki? Co za bzdury. Akira zdała sobie nagle sprawę, że decyzja została już podjęta i pewnie nie warto się o nią spierać. Co za paradoks – myślała zdegustowana. Dostała szansę posiadania namiastki domu za to, że ocaliła czyjeś życie, a teraz, straciła ją z tego samego powodu. Pokręciła głową z niedowierzaniem. Postanowiła jednak, że nie da po sobie poznać, jak bardzo zranił ją wyrok dyrektora. Wyprostowała się i wwierciła wzrok w jego twarz.

– Ile mam czasu ? – odezwała się mocnym głosem, ale w jej oczach błysnęła panika. Poprawiła się na krześle by ukryć zdenerwowanie. Dyrektor pierwszy uciekł spojrzeniem w bok.

– Chciałbym, byś zwolniła pokój jak najszybciej – sięgnął do szuflady, udając, że czegoś w niej szuka.

Akira wydała z siebie dźwięk przypominający jęknięcie, ale mężczyzna chyba tego nie zauważył. I dobrze. Nie chciała by odkrył, co się z nią teraz dzieje. A działo się dużo. Ogarnął ją żal przeplatany, dobrze jej znanym, lodowatym strachem. Przez moment poczuła się jak wtedy, gdy przemocą odebrano jej rodzinny dom. Samotna, przerażona, bez żadnych perspektyw na lepsze jutro. Do oczu napłynęły jej łzy, zamrugała więc kilkakrotnie, żeby je odegnać. Nie – nabrała powietrza -nie mogła pozwolić sobie teraz na chwilę słabości.

– Rozumiem – wydusiła na tyle spokojnie, na ile było ją w tej sytuacji stać – w takim razie wrócę do pokoju się pakować. Chcę wyruszyć jak najszybciej, zanim się ściemni – dodała wstając z krzesła. Nie chciała dłużej być w pobliżu tego człowieka. Nie, kiedy w każdej chwili mogła wybuchnąć tłumionym wciąż płaczem. Dyrektor skinął tylko, zamykając szufladę. Tak jak myślała, nie znalazł tam nic ciekawego. Szybko wstała, podeszła do drzwi i złapała za klamkę, gdy usłyszała przybity głos.

– Aki – odwróciła się, by widzieć jego twarz. Wyglądał, jakby zjadł coś nieświeżego, a teraz męczyła go niestrawność – zgłoś się do kuchni. Dadzą ci tam zapas żywności na kilka dni – spojrzał jej w oczy. Trudno było określić, co chodzi mu po głowie – życzę ci dużo szczęście i… niech Pani Światła ma cię w swojej opiece – dokończył poważniejszym tonem. Tym razem nic nie odpowiedziała, tylko po cichu wyszła z gabinetu.

Przełożony przez dłuższą chwilę wpatrywał się w zamknięte drzwi.

– Nie mogłeś inaczej postąpić – jakaś postać wyłoniła się z cienia narożnego kredensu, pełnego nieposortowanych papierów. Dyrektor spojrzał na jasnowłosego, wysokiego mężczyznę o szlachetnych rysach twarzy – podjąłeś rozsądną decyzję Azmasie. Teraz, kiedy jej moc zaczyna się budzić, znaleźli by ją tu bez problemu. Powinna się przemieszczać. Tak będzie dla niej bezpieczniej. Mój uczeń też został sam. Pamiętaj – wybór należy tylko do nich. W pokoju zaległa niczym nie zmącona cisza.

– Wiem, Xargothcie – strapiony głos przełożonego świadczył o tym, że cała sytuacja była dla niego ciężarem – ale martwię się o dziewczynę. Los nie szczędzi jej przykrości. Przybysz stanął przed biurkiem opierając ręce o krzesło, na którym wcześniej siedziała nastolatka.

– Jestem pewien, że sobie poradzi – mówił z pełnym przekonaniem – zresztą nie będzie sama. Mój chłopak nie da za wygraną i przewróci do góry nogami pół świata, żeby znowu ją zobaczyć. A ja już nie będę mu przeszkadzał. Nadszedł czas by Izmer skrzyżowała ich ścieżki.

– A co z resztą? Z Xanem? – dopytywał się zniecierpliwiony dyrektor.

– Z tego co mi wiadomo są już w drodze. A jeśli chodzi o twojego elfa – chyba nie uważasz, że pozwoli jej odejść bez pożegnania – stwierdził tamten sucho. Przełożony zamilkł. Nie miał już więcej obiekcji. Może oprócz jednej. Odchrząknął.

– Dlaczego nie mogliśmy po prostu ułatwić im sprawy? Postawić przed sobą i wyjaśnić co się dzieje? – to pytanie musiało trapić go już od dłuższego czasu.

– Nie wiem – odrzekł szczerze Xargoth -Takie są zasady, nie my je ustalaliśmy. Uśmiechnął się pocieszająco – Trochę wiary przyjacielu – dodał – Te dzieciaki są silniejsze niż myślisz. Jeszcze nie przegraliśmy tej wojny.

Dyrektor w zamyśleniu pokiwał głową.

– Oby tak było – wyszeptał cicho – bo są naszą jedyną nadzieją.

Reklamy

Rozdział 5 „Misja”

Lukas szedł krok za nieznajomym. Był przekonany, że wyjdą ze Świątyni, ale mężczyzna przeciskając się przez tłum, przeciął salę główną i ruszył w kierunku bocznego ołtarza. Tam wszedł w jedyne, znajdujące się przy kolumnie, drewniane drzwi i ruszył wewnętrznym korytarzem. Młodzieniec domyślił się, że idą teraz prawym skrzydłem, gdzieś na tyły budynku. Po jakimś czasie skręcili w boczną odnogę i uszli kilkanaście metrów, zanim spostrzegł przed sobą wysokie, hebanowe drzwi.

– To tu – stwierdził jego przewodnik – arcykapłan już na ciebie czeka – dodał i za moment zniknął za rogiem, tak samo niespodziewanie jak się pojawił. To wszystko wydawało się równie zaskakujące co nierealne.

Pięknie – pomyślał chłopak wpatrując się w wejście przed sobą. Czego może chcieć od niego najwyższy opiekun świątyni? W przyspieszonym tempie przeszukiwał zakamarki pamięci. Oprócz paru, ok – więcej niż paru, spóźnień na nauki czy mszę, nie zrobił przecież nic złego. No, może za wyjątkiem zniszczenia kilku książek, zamienienia jednego z drzew okalających Świątynię w sopel lodu i zrobienia kępy leczniczych konopi z połowy dziedzińca. Ale to wszystko były tylko niefortunne przypadki, a nie celowe działanie. Usłyszał w oddali dźwięk przypominający wyrzut armatni. Obejrzał się na pusty korytarz. Może tu chodzi o ten tajemniczy napad? Zaraz jednak stwierdził, że to niemożliwe, bo przecież nie miał z tym nic wspólnego. Zapatrzył się w drzwi przed sobą. Nigdy nie był tchórzem, dlatego wziął głęboki wdech, zapukał dwa razy i wszedł do środka.

Pomieszczenie, w którym się znalazł było sporych rozmiarów. Dwie, przylegające do siebie ściany, zajmowały wysokie, aż po sufit biblioteczki, wypełnione księgami, pergaminami i przeróżnego rodzaju zwojami. Kolejną ścianę zajmowało okno, przed którym stało mosiężne, dębowe biurko. Siedział przy nim mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał jakby przeżył wieki, ale ponieważ Lukas nie wierzył w tego typu rzeczy, stwierdził, że musi być po prostu bardzo, bardzo stary. Jego siwa broda nie sięgała kolan, ale na pewno niewiele jej brakowało. Za to długości szarych włosów mogła mu pozazdrościć niejedna nastolatka. Przez chwilę pisał coś na papierze przed sobą, po czym zwrócił oczy na przybysza. To było naprawdę przenikliwe spojrzenie.

– Usiądź, chłopcze – staruszek wskazał na fotel przy biurku. Lukas czując na sobie jego wzrok, posłusznie wykonał polecenie. Miał nadzieję, że wiekowy gość nie rzuci się na niego przez dębowy blat i nie udusi, oplatając wokół szyi swoje siwe włosy. To nie byłaby, co prawda, najdziwniejsza rzecz, jaką dzisiaj zobaczył- stwierdził w myślach przypominając sobie kryształową kopułę okalającą mury Świątyni.

– Przykro mi, że spotykamy się w tak niefortunnych okolicznościach Lucasie Vertline – zaczął Arcykapłan. Jakby na potwierdzenie jego słów usłyszeli grzmot, dochodzący z oddali, gdzieś nad ich głowami – niestety los nie zawsze przynosi nam to czego oczekujemy – dokończył staruszek, niewzruszony tym co się działo. Młodzieniec siedział cicho, nie wiedząc co odpowiedzieć.

– Jak już ci zapewne powiedziano, jestem Arcykapłanem i już przez jakiś czas sprawuję pieczę nad tym pięknym miejscem – kontynuował, pochylając się nad biurkiem i uważnie przyglądając chłopcu. Tak jakby poprzednim spojrzeniem nie zlustrował go na wylot.

– Naprawdę sam już gubię się, ile to lat minęło kiedy w twoim wieku przybyłem do świątyni. To były czasy wielkich zmian, a ja podobnie jak ty teraz, czułem się niepewny tego, co czeka mnie przy ołtarzu Izmer. Choć wiedziałem jedno, że trafiłem w dobre ręce. Lukas skinął ze zrozumieniem. Tak naprawdę nic nie rozumiał, bo on trafił tu przypadkiem, ale lepiej ni mówić tego na głos. W tym samym momencie usłyszeli potężne uderzenie. Mogło to oznaczać tylko jedno. Na zewnątrz nadal szalała ognista burza. Staruszek zmarszczył brwi.

– Żałuję, że nie mamy więcej czasu – rzekł nagle stroskany – Wiele chciałbym ci przekazać, ale ze zrozumieniem tych słów będziesz musiał poradzić sobie sam. Choć pewne rzeczy mogą wydać ci się niedorzeczne, pamiętaj, że nic nie dzieje się w świecie bez przyczyny. Westchnął głośno.

-Widzisz – rozłożył dłonie, by za moment złączyć je jak do modlitwy – na świecie ważne jest jedno – równowaga. To ona wyznacza granice tego co dobre i co złe. Bez niej krąg życia zostaje naruszony, a dotychczasowe spokojne istnienie świata poddane próbie. Zza okna doszły ich niezrozumiałe krzyki tłoczących się na dziedzińcu ludzi. Starzec spojrzał w oczy chłopaka.

– Sprowadziłem cię tu ponieważ masz do wykonania pewną misję – zaczął – musisz jednak przygotować się na to, że wiele zmieni ona w twoim życiu. I od ciebie będzie zależało czy podołasz wszystkiemu z godnością wyznawcy bogini światła. Ja z kolei wiem, że los nie wybrał cię przypadkowo. Przerwał czekając na reakcję chłopaka. Luk wzruszył ramionami ponownie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Bo niby na co liczył Arcykapłan? Misja? A kim on był, że zwraca się z tym akurat do niego? – już miał zapytać głośno, gdy staruszek przemówił dalej.

– Jak wiesz świątynia ta powstała setki lat temu – kontynuował – Znajduje się tu nie tylko wiele ksiąg oraz zapisów dotyczących wielkiej wojny i spekulacji dlaczego doszło do takiego spustoszenia wśród żyjących na świecie ras. Wielu twierdzi, że ludziom znudził się dotychczasowy porządek i harmonia panująca na ziemi. Inni mówią o złych mocach wysłanych przez bogów, którzy nagle postanowili zabawić się kosztem śmiertelników. Prawda zawsze chowa się gdzieś pośrodku, należy jednak pamiętać, że między początkiem, a końcem istnieją różne drogi, którymi można podążać. I to od naszych decyzji zależy jak potoczą się losy istnienia świata.

I to miało mu coś niby wytłumaczyć? – zastanowił się Luk. Takie filozoficzne gadanie niewiele do niego przemawiało. Zaczął się niecierpliwić, co zapewne było widać po tym jak wiercił się na krześle. Lubił konkrety, a w tym momencie nadal nie wiedział na czym stoi i po co w ogóle go tu wezwano. Staruszek westchnął zmęczony, patrząc na młodzieńca jakby słyszał jego myśli. Lukas poczuł się nagle bardzo głupio, ale przecież takie rzeczy nie istniały. Prawda?  

Ponowne uderzenie sprawiło, że z biurka spadła buteleczka atramentu, rozbijając się o marmurową podłogę.

– Musimy się spieszyć – Arcykapłan wstał i podszedł do jednej z biblioteczek. Chłopak zauważył, że jego broda jednak sięgała kolan. Ciekawe czy nie potykał się o nią gdy chodził.

– Chodź za mną. Wytłumaczę ci wszystko po drodze – usłyszał, gdy podnosił się z fotela. Kapłan wyjął z półki dwie grube księgi i zamienił je miejscami. Lukas patrzył w zdumieniu jak szafka, obracając się powoli, ukazała mroczne przejście. Starzec wziął jedną z pochodni wiszących na ścianie i skierował się w głąb wejścia. Ale jaja – pomyślał chłopak, rozglądając się na boki i niepewnie podążając za przewodnikiem. Wąskie przejście prowadziło w dół schodami, które zdawały się nie mieć końca. Po jakimś czasie Lukas stwierdził, że muszą znajdować się głęboko pod ziemią. Każdy stopień niknął w coraz większej ciemności. Gdyby nie pochodnia, nie widział bym własnej, wyciągniętej dłoni – pomyślał chłopak.

– Masz rację młodzieńcze – głośno stwierdził kapłan – jesteśmy jakieś sto trzydzieści stóp pod powierzchnią Świątyni. O tych podziemiach wie już niewielu. Luk o mało nie spadł ze schodka co byłoby jednoznaczne z bardzo szybką wycieczką na dół zarówno jego jak i podążającego przed nim staruszka. Jeśli dobrze zrozumiał, duchowny odpowiedział na jego pytanie, które przecież zadał sobie jedynie w myśli.

– Większość z nas posiada zdolności telepatyczne – kontynuował niczym nie wzruszony kapłan potwierdzając tym samym domniemanie chłopaka – twój ojciec, był jednym z nas, nim sytuacja zmusiła go by opuścił mury Świątyni. Myślę jednak, że mimo to, był bardzo szczęśliwy.

Na wspomnienie o ojcu Lukas nagle odzyskał głos.

– Mój ojciec? – zapytał zdezorientowany – nigdy mi o tym nie wspominał. Przecież miał żonę i… dziecko, a wy żyjecie w ascezie. Kapłan zwolnił kroku, gdyż zejście wydawało się coraz bardziej strome.

– To prawda – rzekł po chwili – ale to nie prawo narzuca nam taki tryb życia tylko my sami. Twój ojciec był Misjonarzem, spotkał ukochaną kobietę, związał się z nią i poświęcił rodzinie.

Chłopak przez moment trawił to, o czym usłyszał. Faktycznie tata zawsze stawiał na pierwszym miejscu jego i matkę. Mimo iż Lukas nie pamiętał swojej rodzicielki, ponieważ zmarła przy porodzie, widział miłość w oczach ojca, gdy ten opowiadał o niej swojemu jedynemu synowi. Zawsze trochę zazdrościł ojcu wspomnień o mamie, ale cieszył się, że mężczyzna, pomimo straty, chętnie o niej mówił. To dawało namiastkę utraconej bliskości.

– Jesteśmy prawie na miejscu- Arcykapłan przerwał jego rozmyślania. Jeszcze kilka stopni i znaleźli się w obszernym pomieszczeniu. Jego faktyczna wielkość ukazała się dopiero gdy starzec dotknął pochodnią bocznej ściany, która w kilka sekund rozświetliła się sznurem połączonych ze sobą łuczyw. Chłopak rozejrzał się dookoła zatrzymując wzrok na przeciwległej ścianie gdzie widniały drzwi, spod których wydostawała się smuga jasnego światła. Luk znacząco uniósł brwi.

– Tam znajduje się jedna z największych tajemnic tej świątyni. Zanim twój ojciec odszedł, dał nam na przechowanie pewien bardzo cenny przedmiot – rzekł starzec odpowiadając na nieme pytanie – od pokoleń należał on do waszej rodziny i myślę, że już czas żeby trafił w twoje ręce. Duchowny ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymując się przed nimi, odsunął się by przepuścić młodzieńca.

-Idź pierwszy- wskazał na wejście. Lukas wahał się przez moment, ale ciekawość wzięła górę. Podszedł i powoli nacisnął zardzewiałą klamkę.

– Zamknięte – stwierdził patrząc zdezorientowany na kapłana. Staruszek uśmiechnął się do niego spokojnie.

– Jesteś pewien?- zapytał. Młodzieniec wzruszył ramionami i ponownie nacisnął klamkę, która tym razem ustąpiła bez problemu. Zaskoczony pchnął drzwi zza których wylała się fala światła. Powoli przestąpił próg, przyzwyczajając oczy do jasności. Pomieszczenie, w którym się znaleźli na pierwszy rzut oka zdawało się być puste. Luk zdumiony zastanawiał się jakim cudem pod ziemią może być tyle światła. Odpowiedz przyszła sama gdy przy jednej ze ścian dostrzegł najjaśniejszy punkt. Ruszył by przyjrzeć się przedziwnemu zjawisku. Na niskiej marmurowej kolumnie spoczywał niewielki medalion, w kształcie gwiazdy. Zaaferowany dotknął dłonią gładkiego szlifu. Niespodziewanie amulet uderzył w niego rażącym blaskiem. Gdy się ocknął, leżał na posadzce, a w ręku ściskał felerne świecidełko. Nad nim z radosnym wyrazem twarzy, pochylał się Arcykapłan.

– Chyba coś zepsułem – stwierdził Lukas spoglądając przymilnie na starca i powoli podnosząc się z podłogi. W odpowiedzi usłyszał wybuch śmiechu. Najwidoczniej kapłanowi dopisywał humor.

– To czego byłeś świadkiem jedynie udowadnia, że jesteś prawowitym właścicielem medalionu – odpowiedział tamten, gdy już się uspokoił – gdyby tak nie było, drzwi tego pokoju nigdy nie ustąpiły by pod naporem twojej dłoni.

Luk rozejrzał się na boki utwierdzając w przekonaniu, że poza świecidełkiem, które teraz ściskał w dłoni, pomieszczenie jest całkowicie puste. Nie było też żadnego innego prócz pochodni trzymanej przez starca, źródła światła, co by znaczyło, że nie miał przewidzeń i amulet musiał posiadać dziwne właściwości. Podniósł rękę i zaczął dokładnie mu się przyglądać. Gwiazda o pięciu ramionach skrywała w swoim wgłębieniu niebieskawą, delikatnie błyszczącą łzę, osłoniętą prawdopodobnie szkłem. W życiu nie widział czegoś podobnego. Chyba musiał westchnąć z podziwem, bo Arcykapłan odezwał się zadowolony.

– To moc wody – oznajmił – pozwala wykorzystać ten żywioł osobie, która jest do tego wyznaczona. W tym przypadku jesteś nią ty – zapewnił chłopaka. Luk uniósł brwi. Nagle wszystko zaczęło się układać. Przypomniał sobie jak często miał do czynienia z tym darem, nawet nie zdając sobie sprawy z czego biorą się jego umiejętności. Małe wiry na niewielkim stawie w pobliżu jego miasteczka, deszcz, który padał zawsze, gdy chłopak miał zły humor, czy choćby niefortunny wypadek z zamarzniętym drzewem przy kaplicy, w której uczniowie zbierali się na modlitwę. Zastanowiło go jeszcze jedno.

– Czy mój ojciec posługiwał się wcześniej tym medalionem?

Arcykapłan potrząsnął głową spoglądając na chłopca.

– Ten cenny dar, faktycznie należał uprzednio do twojego ojca. Jednak jakiś czas temu amulety straciły swą moc, więc nie mógł z niej korzystać. Niestety nie wiemy do końca czemu tak się stało. Mamy jedynie pewne podejrzenia. Przerwał na chwilę biorąc oddech – jednakże kilkanaście lat temu, gdy byłeś jeszcze małym chłopcem, medaliony na moment odzyskały swą moc, zaskakując nas wszystkich ponownie. Ale wtedy wiedzieliśmy już, że zdarzył się cud, na który wszyscy czekaliśmy. Lukas niepewny spojrzał kapłanowi w oczy, pocierając dłońmi spocone czoło.

– Cud?

Staruszek przeniósł wzrok na amulet, odbiegając gdzieś myślami, by za chwilę dodać głosem pełnym szacunku.

– Narodziła się istota, dzięki której ten świat może całkowicie nie pochłonie się w ciemności. A wierz mi mój chłopcze, nadchodzą niespokojne czasy. Mrok czai się za rogiem.

Mimo dziwnych słów Arcykapłana, Luk spokojnie odetchnął. Już myślał, że to on jako mały dzieciak majstrował coś przy świecidełku i sprawił, że zaczęło błyszczeć jak gwiazda polarna. Na szczęście tym razem nie był odpowiedzialny za to całe zamieszanie. Jedno nie dawało mu jednak spokoju.

– Dlaczego powiedział kapłan, medaliony? – spytał – to znaczy, że jest ich więcej?

– Tak – staruszek uśmiechnął się powoli – i tu właśnie rozpoczyna się twoja posługa.

No wreszcie – stwierdził w duchu chłopak – już myślał, że nigdy nie dowie się, co on ma z tym wszystkim wspólnego. Oprócz jednego małego szczegółu. Właśnie został szczęśliwym właścicielem niespotykanej biżuterii, która rzekomo da mu władzę nad jednym z żywiołów. Cudownie.

– W tym momencie – dodał starzec – twoim zadaniem jest odnalezienie pozostałych osób obdarzonych mocami. Każda z nich będzie posiadać podobny medalion, przeznaczony tylko dla niej. Niestety nie jestem do końca pewny ilu was jest, ale studiując formę amuletu stwierdziliśmy z uczonymi, że pięć ramion gwiazdy oznacza tyleż samo istot obdarowanych poszczególnym darem. Tylko wspólne połączenie waszych energii pozwoli na odnalezienie Otulonej Światłem. Ona jest kluczem do naszego zwycięstwa.

– Ale nie istnieje pięć żywiołów – odkrywczo stwierdził Luk – jaką więc moc ma piąty medalion?

Nieoczekiwanie usłyszeli nad głowami przerażający huk, a z sufitu posypały się kawałki gliny. Kapłan zmarszczył brwi.

– Na więcej wyjaśnień nie mamy już czasu – rzekł zasmucony – poza tym, ja nie znam odpowiedzi na wszystkie twoje pytania, ale jest ktoś kto posiada taką wiedzę. Wskazując drzwi, wyprowadził chłopaka z pomieszczenia – zwą ją Szarą Wiedźmą. Odszukajcie ją, a wszystko stanie się jasne –dodał pospiesznie – tymczasem mój wierny przyjaciel pomoże ci bezpiecznie opuścić mury świątyni i wskaże, w którym kierunku powinieneś się udać – spojrzał za plecy młodzieńca. Luk odwrócił się i… zamarł. Wysoki, młody mężczyzna stojący w ciemnym korytarzu był człowiekiem, który niegdyś uratował mu życie.

-Witaj Lukasie- odezwał się przybysz- na nas już pora.

***

Lukas pamiętał, jak szybko pożegnał się z Arcykapłanem, który dał mu błogosławieństwo i razem z Roethem – bo tak miał na imię jego wybawca – ruszyli w drogę. Cały czas podążali w ciszy, błądząc w ciemnych korytarzach znajdujących się pod kompleksem świątynnym. Mniej więcej po godzinie ciężkiej wędrówki, wyszli na powierzchnię. Ku swojemu zdumieniu chłopak odkrył, że znajdują się na skraju doliny, daleko od monumentalnej budowli przeznaczonej Pani Światła. Na przezroczystej kopule chroniącej zabudowania, pod wpływem ciągłych uderzeń, pojawiały się szkliste rysy.  

– Wkrótce przebiją się przez magię i wedrą do tego świętego miejsca – mężczyzna pierwszy przerwał ciszę. Luk oczami wyobraźni widział, jak piękne budowle obracają się w ruinę, a niczemu nie winni ludzie, którzy od lat uważali to miejsce za jedyny dom, giną bez nadziei na jakikolwiek ratunek. Zacisnął pięści, czując jak wzbiera w nim gniew.

– Nie mogą tego zrobić! – zdenerwowany spojrzał na swojego przewodnika – musimy jakoś im pomóc!

– Nic nie poradzimy chłopcze- stwierdził spokojnie Roeth – możemy jedynie pocieszyć się myślą, że nie dostaną tego po co przyszli – gestem wskazał na medalion wiszący przy szyi młodzieńca.

Chłopak wahał się przez moment, ale nie był na tyle głupi, by zaprzeczyć, że mężczyzna ma rację. Było ich tylko dwóch. Nie widział żadnej armii spieszącej na pomoc, ani nie wyobrażał sobie by młodzi uczniowie w większości zamieszkujący mury świątyni, byli fizycznie przygotowani na taki napad. On sam nawet nie był w stanie określić, z jakiego kierunku atakuje wróg, czy choćby jakiej broni używa. Te świetliste naboje wyglądały na magiczne, ale równie dobrze mogły być podpalonymi, armatnimi kulami. W zamyśleniu dotknął palcami amuletu. Poczuł, jak powoli ogarnia go spokój, tak jakby świecidełko podpowiadało mu, że przyjdzie jeszcze czas na odwet. Zerknął na swojego przewodnika, który teraz uważnie mu się przyglądał.

– Tak, Lukasie – usłyszał odpowiedź, na pytanie które zadawał sobie w duchu – ten medalion ma ogromną wagę. Wielu chciało dostać go w swoje łapska. Bez niego nie dotrzesz do istoty obdarzonej mocą światła. A o nią właśnie chodzi napastnikom. To z jej pomocą jesteśmy w stanie nadać kres zbliżającemu się złu, a wierz mi, czasu mamy coraz mniej.

Luk skinął głową. Pierwszy raz dotarło do niego, że w tym wszystkim chodzi o coś naprawdę ważnego. Teraz, każda jego decyzja może mieć nieokreślone konsekwencje. Spojrzał na słabnącą osłonę świątyni. Wojna wymagała ofiar, lecz on w duchu modlił się by jego przyjaciołom jakoś udało się uniknąć okrutnego losu. Nie chciał nawet zastanawiać się co w tej chwili musi czuć Evarn. Przecież on nawet bał się własnego cienia. Powoli przełknął ślinę.

– Czy oni muszą zginąć? – spytał cicho ruchem głowy wskazując kierunek świątynnych zabudowań.

– Kapłani starają się wyprowadzić jak najwięcej uczniów podziemnym tunelem znajdującym się pod spichlerzem –odrzekł Roeth – Jednak wątpię, by zdążyli pomóc wszystkim – dodał już ciszej. Sam wyglądał jakby bardzo mu się spieszyło. Lukas wcale nie poczuł się lepiej słysząc te słowa.

– Ja nadal nie wiem z kim przyjdzie nam walczyć – stwierdził zagubiony, patrząc na słabnącą zasłonę Świątyni. Miał nadzieję, że Evarn jest już daleko poza jej murami. Roeth westchnął, położył dłonie na ramionach młodzieńca i spojrzał mu w twarz.

-Posłuchaj- zaczął spokojnie mężczyzna – podejrzewamy, że jest pięć medalionów, które bogini Izmer rozdała śmiertelnikom, by z ich pomocą strzec równowagi panującej na ziemi. Niekoniecznie posiadają je ludzie. W waszym gronie mogą znaleźć się istoty różnych ras. Najważniejsze byście trzymali się razem i wzajemnie sobie pomagali. Bez względu na uprzedzenia tworzycie jedną drużynę. Jesteście Posłannikami Światła i to ono musi was prowadzić. Luk skinął głową. Jak do tej pory, jeszcze kodował.

– Gdy już się zbierzecie – kontynuował mężczyzna – odnajdźcie kobietę, którą zwą Szarą Wiedźmą. Ostatni raz widziano ją na drodze prowadzącej do Isan. Ona będzie wiedziała jak wam pomóc. Myślę też, że odpowie na wiele pytań.

-Jak odnajdę pozostałych ?- wtrącił szybko chłopak. Roeth uśmiechnął się pewny odpowiedzi.

– O to nie musisz się martwić młodzieńcze – rzekł tajemniczo- wcześniej czy później los postawi was na swojej drodze. Żywioły zawsze muszą ze sobą współistnieć. Rozmowę przerwał im kolejny, silniejszy od poprzednich wybuch. Oboje spojrzeli w kierunku doliny, gdzie ogień pożerał już większość przyświątynnych zabudowań.

– Na mnie już czas – oznajmił zniecierpliwiony Roeth. W oczach Lukasa pojawiła się niepewność.

-Jak to? Odchodzisz?- zapytał szybko. Mężczyzna skinął twierdząco głową.

-Moim zadaniem było wyprowadzenie cię ze świątyni. Teraz muszę tam wrócić. Arcykapłan mnie potrzebuje.

-Ale, przecież…

-Lukasie Vertline – Roeth nie pozwolił mu dokończyć – tu musimy się pożegnać. Na razie poprowadzi cię ten szlak – wskazał na drogę biegnącą wzdłuż niewielkiej przełęczy, ginącej w otchłani lasu – gdy dotrzesz do pierwszej wioski, którą zwą Małą Puszczą kieruj się traktem wzdłuż rzeki Renn. To główna droga handlarzy. Któryś na pewno wskaże ci trasę prowadzącą do Isan. Może inni Posłannicy już tam na ciebie czekają. I pamiętaj – przerwał na moment by zaczerpnąć powietrza – jeśli los postawi na waszej drodze osoby godne zaufania, nie wahajcie się przyjąć je w swoje kręgi – będziecie potrzebować sojuszników.

Młodzieniec zwiesił głowę, gdy mężczyzna w pocieszającym geście położył dłoń na jego ramieniu.

-Odwagi chłopcze – rzucił wyzywająco – właśnie rozpoczyna się twoja przygoda. A to na dobry początek.

Lukas uśmiechnął się słabo. Jeśli te słowa miały go pocieszyć, jego wybawcy nie bardzo się to udało. Ale nie miał zamiaru dać po sobie poznać, że strach łapie go za gardło. Wyciągnął rękę i przyjął kilka złotych monet, podarowanych mu przez mężczyznę.

-Żegnaj Posłanniku Światła – Roeth odsunął się, skłonił lekko i skierował z powrotem w stronę okupowanej już Świątyni.

– Kapłanie – zrobił kilka kroków, gdy doszedł go cichy głos Lukasa. Mężczyzna odwrócił się, by spojrzeć na chłopca.

– Nigdy nie miałem okazji podziękować ci za uratowanie życia – kontynuował Luk – jestem twoim dłużnikiem – dodał nieco głośniej i szybko podążył wskazanym mu traktem.

Roeth długo jeszcze stał i patrzył za odchodzącym młodzieńcem.