Rozdział 7 „Wyprawa”

Akira udała się prędko do swojego pokoju. Gdy tylko zatrzasnęła za sobą drzwi, łzy spłynęły gorącymi strumieniami. Upadła na łóżko i wreszcie pozwoliła sobie na chwilę tłumionej przez długi czas słabości. Głowa pulsowała jej od przelatujących myśli, a gardłem co rusz wstrząsał cichy szloch. Tak dawno nie płakała. Była prawie przekonana, że w swoim życiu wykorzystała już limit okazji do poddania się rozpaczy. Ale najwidoczniej los znowu okrutnie z niej drwił.

Mogły minąć dwa kwadranse, gdy usiadła na posłaniu, ocierając wierzchem dłoni mokre policzki. Co miała ze sobą teraz zrobić? – zastanawiała się w panice – Gdzie się udać? Jej oszczędności ograniczały się do kilkudziesięciu mało wartościowych miedziaków, a cały dobytek stanowił łuk od ojca i naręcza starych, nieco spranych ubrań. Szkoła zapewniała pożywienie i strój w zamian za dyżury przy różnych obrządkowych pracach. Pokręciła głową ze smutkiem. Była na tyle głupia, że wcześniej nie zastanowiła się co zrobi, gdy przyjdzie czas na opuszczenie akademii, a teraz gorzko tego pożałowała. Rozejrzała się po małej kwaterze, która przez niemal ostatnie trzy lata była dla niej czymś w rodzaju domu. Znowu poczuła, że szczypią ją oczy. Głębiej nabrała powietrza i powoli wypuściła je z płuc. Dom. To słowo odbijało się echem w jej głowie. Mogła dalej udawać przed sobą, że wspomnienia już dawno się zatarły, że nie mają nad nią już żadnej władzy, ale oczami wyobraźni wciąż widziała Eldakar, swoją rodzinę i przyjaciela, którego pocieszający uśmiech nie miał sobie równych. Zrezygnowana, potarła dłońmi pulsujące skronie. Kall z pewnością wiedziałby jak wybrnąć z tak trudnej sytuacji – pomyślała i nagle zapragnęła, by znów pojawił się przy niej. Zawsze był opanowany i ze spokojem szukał możliwych rozwiązań. Zarówno ona jak i Eryk, często opierali się na jego zdaniu i musiała przyznać, że w większości przypadków miał absolutną rację. Wzdychając, zamknęła oczy, przywołując w pamięci silną sylwetkę utraconego przyjaciela. Niemal słyszała jak szepcze do niej cichym głosem.

– Znajdę cię – obiecywał – nie poddawaj się…

Zamrugała, otwierając oczy. Poczuła jak wali jej serce, a ręce delikatnie drżą. Mogła by przysiąc, że przez moment naprawdę słyszała jego głos. Przetarła dłońmi zmęczoną twarz i nabrała mocno powietrza. Musiała przestać się łudzić. Kall i cała jej rodzina odeszli dawno temu, ale chociaż ich żywe wspomnienia nadal z nią pozostały. Przełknęła ślinę, czując, jak wracają jej siły. Oni zawsze w nią wierzyli – przyznała w myślach. W jej zapał oraz odwagę. Jak bardzo byliby zawiedzeni, widząc w jakim jest teraz stanie? Zawstydzona spuściła ramiona i wbiła oczy w podłogę, gdy coś przyciągnęło jej uwagę. Sięgnęła pod łóżko i wyciągnęła spod niego mocno sfilcowany plecak. Jej spojrzenie padło na przypiętą, srebrną broszkę w kształcie motyla. Nagle zakuło ją w sercu, a silny ból wypełnił pierś. Wpatrując się w urodzinowy podarunek od Kalla, znowu poczuła, jak wielka spotkała ją strata. Musiała minąć chwila, gdy niespodziewanie wyprostowała przygarbione, plecy i głośno wciągnęła powietrze. Nie – powiedziała sobie w duchu. Może osób, które tak bardzo kochała brakowało już przy niej, ale przecież nie mogła zawieść ich wiary, wciąż żywej w jej sercu. Wiedziona nagłym impulsem sięgnęła dłonią do klatki piersiowej, gdzie pod cienkim materiałem bawełnianej koszuli, spoczywał medalion. Dotknęła palcami niewielkiego wybrzuszenia i jak zawsze poczuła znajome łaskotanie, które uderzyło w nią delikatną falą… Jednak teraz z zaskoczeniem stwierdziła, że było coś jeszcze. Wysunęła amulet spod materiału, przyglądając mu się ciekawie. Na jednym z ramion, pusta dotąd łza, pulsowała subtelnym błękitem. Otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. W tym momencie dałaby sobie rękę odjąć, że wcześniej tego nie zauważyła. To jednak nie było możliwe, ponieważ już setki razy ze wszystkich stron, lustrowała niezwykły podarunek od dziadka. Więc albo miała przewidzenia, co było bardzo prawdopodobne po tym jak wpłynął na nią dzisiejszy ranek, albo świecidełko żyło własnym życiem i ewidentnie robiło sobie z niej jaja. A ponieważ i jedna i druga perspektywa, była w tym momencie ciężka do zaakceptowania postanowiła skupić się na czymś innym.

Schowała medalion na swoje miejsce i biorąc do rąk odnalezioną torbę, zaczęła się pakować. Nie zajęło jej to jednak dużo czasu, dlatego wkrótce z całym swoim dobytkiem była już w drodze do kuchni. Wiedziała, że zajęcia już się rozpoczęły, ale i tak nie chciała przez przypadek spotkać po drodze kogoś znajomego, więc szybko przemykała przez jasne korytarze. Zeszła po schodach mijając po drodze dwie spiżarnie i znalazła się w pomieszczeniu zajmującym spory kawałek parterowej kondygnacji szkoły. Znajdowała się tu sala jadalna połączona z kuchnią, które dzieliła tylko cienka ścianka. Akira poczuła znajomy zapach zupy szczawiowej i uzmysłowiła sobie, że przecież nie jadła dziś śniadania. Otworzyła skrzypiące drzwi kuchni i wpadła do środka.

Już od progu uderzyło w nią gorąco gotujących się na ogniu posiłków. Nabrała powietrza wciągając gamę przeróżnych zapachów. Przy stole, plecami do niej, stała pokaźnych rozmiarów kobieta. Kroiła marchew i wrzucała ją do gara obok. Gdy usłyszała, że ktoś wchodzi obróciła się przez ramię, spoglądając za siebie. Mina jaką zrobiła widząc Akirę przypominała współczucie połączone z ciekawością. Wspaniale – stwierdziła w duchu dziewczyna. Ciekawe czy już cała szkoła wie o decyzji dyrektora. Szybko jednak odrzuciła tę myśl. Seli i Xan wywołali by już dawno burzę sprzeciwów, gdyby zdawali sobie sprawę, czym skończyło się jej spotkanie z przełożonym. Odchrząknęła, po czym zwróciła się do kucharki.

– Dyrektor kazał mi się tutaj zgłosić – oznajmiła grzecznie– podobno mogę liczyć na jakiś podróżny wikt.

Kobieta jakby dopiero ocknęła się z oszołomienia, bo nagle w pomieszczeniu zawrzało od jej mało subtelnych pisków.

– Och tak, drogie dziecko! – krzyczała, jakby nastolatka była co najmniej głucha – mam wszystko dla ciebie przygotowane – tu wskazała na sporej wielkości worek z lnianego płótna, przewiązany rzemykiem. Akira już widziała jak ciągnie za sobą ciężki pakunek, wyglądając jak koń pociągowy. Chyba będzie musiała obyć się bez pożywienia, albo przynajmniej nieco uszczuplić zasoby worka.

– Najpierw jednak – skrzeczący głos kobiety roznosił się echem po kuchni – musisz zjeść porządne śniadanie. Szybko, jak na swoją puszystą figurę, kucharka zniknęła w otchłani niewielkiej spiżarki i za chwilę wyniosła z niej ogromnej wielkości tacę, stawiając ją na stole przed zdezorientowaną dziewczyną.

– Siadaj kochanieńka – odsunęła krzesło i pociągnęła na nie nastolatkę – jeśli czegoś nie dokończysz, resztki też spakujemy ci na drogę.

Akira z cichym jękiem przyjrzała się swojemu śniadaniu. Cztery grube kromy świeżutkiego chleba, posmarowanego masłem, kawał wędzonej kiełbasy, ser, konfitura i pasta ziołowa, a do tego jajecznica z tylu jaj, że kura po ich zniesieniu zapewne nadawała się już tylko na rosół.

– Och, zapomniałabym – pisnęła kucharka. Podeszła do jednego z parujących garów i metalową chochlą nalała dzbanek gorącego mleka, stawiając go dziewczynie niemal przed nosem.

– Smacznego – dodała na koniec.

Akira przyglądała się temu, jakby po raz pierwszy miała do czynienia z jedzeniem. Kucharka musiała sporo się napracować, żeby przygotować dla niej to wszystko. Codzienne śniadania w szkole tak nie wyglądały, a ona już nie pamiętała, kiedy ktoś specjalnie dla niej cokolwiek ugotował. Oczywiście, jeśli nie brać pod uwagę urodzinowego tortu od przyjaciół. Poczuła jak ze wzruszenia jej broda zaczyna drżeć, więc by uniknąć niezręcznej sytuacji zabrała się za swój posiłek. Jadła ze smakiem, jednak szybko zorientowała się, że nie pokona nawet połowy tego, co otrzymała od miłej kobiety.

Gdy skończyła, sprzątnęła po sobie ze stołu wśród akompaniamentu protestującej kucharki. Nie chciała jednak przysparzać kobiecie jeszcze więcej pracy. Tak jak jej obiecano, resztki powędrowały do przygotowanego worka, który okazał się zadziwiająco lekki jak na swoje wymiary. Nastolatka podziękowała serdecznie, prosząc jedynie jeszcze o kawałek kartki i nieco atramentu. Szybko skreśliła na niej parę, ułożonych wcześniej w głowie słów i ponownie dziękując za posiłek, obładowana dodatkowym bagażem, opuściła kuchnię. Niedługo potem wymknęła się z Akademii, podrzucając uprzednio napisany przez siebie list.

***

Akira szła nierównym traktem w stronę miejsca o nazwie Thanden. Tak naprawdę nie wiedziała do końca, co ze sobą począć, postanowiła więc udać się do pierwszego, większego miasta oddalonego od szkoły o jedyne dwadzieścia kilometrów. Znała tą mieścinę, ponieważ spędziła tam nieco czasu, zanim trafiła do Akademii. Będąc przyzwyczajoną do o wiele dłuższych wędrówek, nie odczuwała zmęczenia, nawet gdy pokonała już połowę drogi. Stąpała ostrożnie krętym traktem, co chwile spoglądając na zbliżający się, gęsty las. Miała tylko nadzieję, że zdąży przejść go, nim zapadną całkowite ciemności, ponieważ nawet znając tę drogę, nie chciała ryzykować, że w mroku zgubi obraną wcześniej leśną ścieżkę. Słońce rzucało słabe promienie, gdy stanęła u progu gęstych zarośli. Obejrzała się za siebie, zerknęła w górę słabo mrużąc oczy i jednocześnie zastanawiając się czy ryzykować dobrze ponad godzinny marsz przez bujne leśnie runo. Mimo to noclegowanie na otwartej przestrzeni rozpościerającej się przed wejściem do owego boru, wcale nie wydawało się jej lepszą perspektywą. Zacisnęła pięści, poprawiła przymocowane do pleców bagaże i z przekonaniem, że szybko pokona tę przeszkodę, ruszyła przed siebie.

W lesie zawsze panował większy mrok. Duże drzewa uginały się pod własnym ciężarem, a ich rozłożyste gałęzie przesłaniały niebo, przepuszczając tylko nikłe promienie gasnącego słońca. Nie zważając na nic, Akira parła do przodu w coraz bujniejsze zarośla, próbując jednocześnie ignorować narastające, złe przeczucia. Po niemal trzech kwadransach przebytej już drogi, zaczęła śmiać się w duchu, że w ogóle dopuszczała do siebie możliwość stchórzenia. Takie rzeczy nie leżały w jej naturze, natomiast ryzyko – jak najbardziej. Zadowolona z własnych przemyśleń, odgarniała dłońmi niesforne gałęzie, tarasujące jej przejście. Do krańca lasu pozostały niecałe dwa kilometry, a ona przyzwyczaiła już wzrok do panujących tu szarawych ciemności. Szła teraz dość wąską dróżką, pozwalając, by świecący dziś wyjątkowo mocno księżyc, oświetlał jej drogę.

Ni stąd ni zowąd, odniosła niepokojące wrażenie, że ktoś ją śledzi. Poczuła jak jej tętno nabiera rozpędu i przyspieszyła kroku. Niewidzialna postać musiała bacznie ją obserwować, ponieważ instynktownie wszystkie włosy zjeżyły jej się na karku. Przełknęła ślinę i nie zastanawiając się zbyt długo, rzuciła pędem w obranym kierunku. Ściskając mocno pasek od torby, dosłownie na sekundę obejrzała się do tyłu i w tym samym momencie… Uderzyła przodem w jakąś twardą, cuchnącą masę, obalając się na ziemię. Poczuła tępy ból, stłuczonych kości, ale szybko uniosła wzrok, by dostrzec przeszkodę. Przed nią stała ogromna postać, której kolor skóry przypominał zgniłą zieleń, a obwisła sadłem łapa dzierżyła sczerniałą maczugę.

Świetnie – pomyślała szybko, skacząc z powrotem na równe nogi – zawsze chciała zobaczyć trolla i jak widać marzenia się spełniają.

W szaleńczym tempie przeszukiwała umysł, chcąc przypomnieć sobie, co wiedziała o tych dziwacznych stworzeniach. Na pewno nie grzeszyły inteligencją i sądząc po minie obecnego tu przedstawiciela, nie były specjalnie miło nastawione do obcych. W szczególności obcych, którzy mogą posłużyć za kolację. Dziewczyna nabrała powietrza. Chyba niewiele pomyliła się w swych domysłach, gdyż potwór niespodziewanie zamachnął się w jej stronę, próbując uderzyć nastolatkę końcem swej drewnianej broni. W ostatniej chwili odskoczyła, kierując się w przeciwną stronę. Nie zdążyła jednak dobrze ujść paru kroków, gdy w świetle księżyca ktoś po raz kolejny zastąpił jej drogę. Uniosła oczy i z cichym jękiem spojrzała na następnego, ohydnego stwora. Pięknie – stwierdziła w duchu rozglądając się na boki – jak zwykle dopisuje mi nieopisane szczęście. Okręciła się wokoło, próbując ocenić możliwości ucieczki. Ścieżka była na tyle wąska, że ominięcie zielonych towarzyszy nie wchodziło w grę. Natomiast po bokach okalały ją gęste chaszcze, tworząc dziki, leśny żywopłot. W tej sytuacji nasuwało się na myśl tylko jedno stwierdzenie… Była otoczona.

Dziewczyna przełknęła ślinę, boleśnie zdając sobie sprawę ze swego niefortunnego położenia. Gdyby miała chociaż jakąś pochodnię, może udałoby jej się odgonić te paskudne stworzenia. Nie było jednak czasu rozwodzić się nad własną głupotą, ponieważ trolle zaczęły najwidoczniej tracić cierpliwość, czego dowodem były ich warczące oddechy. To koniec – zdążyła pomyśleć i bezwiednie dotknęła dłonią ukrytego pod gorsetem medalionu. W chwili, gdy potwory z dzikim rykiem rzuciły się w jej kierunku czyjeś ręce złapały ją w talii i gwałtownie wciągnęły w boczne, gęste krzaki. Bestie musiały odbić się od siebie z hukiem, ponieważ dziewczyna usłyszała dziwny, stłumiony łomot, a zaraz potem wściekły skowyt. Zamknęła oczy, czując jak gałęzie drapią ją po szyi, ale silne dłonie wciąż ciągnęły ją za sobą. Po chwili chaszcze stały się rzadsze, aż w końcu całkowicie znikły. Akira zdyszana i nieco pokiereszowana odwróciła się, by zobaczyć kto przyszedł jej z pomocą.

– Xan! – krzyknęła zdziwiona, choć w tym momencie musiała przyznać, że dawno nie cieszyła się tak na czyiś widok.

-Cicho – szepnął chłopak, przykładając palec do ust i wskazując miejsce, z którego przyszli – nie mamy czasu, chodź! – złapał ją za rękę i pociągnął szerszą ścieżką wyrzeźbioną wśród zarośli. Szli dobrych kilkanaście minut, w milczeniu odgarniając niesforne gałęzie krzewów, tarasujące im drogę. Za nimi nie było słychać żadnych, niepokojących odgłosów, co znaczyło, że trolle najwidoczniej odpuściły sobie pogoń. Być może nie były aż tak głodne, jak jej się wydawało – pocieszała się w duchu Akira. Nim się spostrzegła, Xan wyprowadził ją z lasu, ukrytym szlakiem, o którym nie miała zielonego pojęcia. W osłupieniu przyglądała się jak na horyzoncie migają różnej wielkości światła, ukazujące rozmazane kontury, widniejącego w oddali miasta.  

– Ja… jak? – bąknęła zdziwiona, zerkając na kolegę.

– Niewielu zna ten skrót – uśmiechnął się, ukazując proste, białe zęby. Widać było, jak bardzo jest z siebie zadowolony. Akira przyglądała mu się przez chwilę, po czym nie mogąc już dłużej wytrzymać, nagle wypaliła.

– Co ty tu właściwie robisz?

– Jak na razie, ratuje ci życie – odpowiedział rozbawiony.

Dziewczynie od razu zrobiło się głupio. Faktycznie, gdyby nie to, że prawdopodobnie ją śledził, zapewne spoczywała by teraz w żołądku jednego z tych obleśnych stworzeń. Spuściła wzrok, bo nagle zrobiło jej się niedobrze. Mogła dziś stracić życie w mało szlachetny sposób. Lata spędzone w Akademii musiały uśpić jej czujność, skoro pozwoliła sobie na tak karygodny błąd, jak było pchanie się w paszczę lwa. To nie mogło się powtórzyć. Przywołując się do porządku, dumnie wyprostowała zgarbioną sylwetkę.

– Dzięki – rzekła szczerze – ale nie myśl, że jestem na tyle głupia, by twoje nagłe pojawienie się nazwać przypadkiem – dodała, wytykając kolegę palcem. Xan wzruszył tylko ramionami. Z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać.

– Tak się składa, że też idę w stronę Thanden – skinął głową we wskazanym kierunku – a wydaje mi się, że we dwójkę będzie nam raźniej. Poza tym właśnie widziałem, jak świetnie sobie radzisz, wałęsając się nocą po gęstym lesie.

Akira spojrzała na niego spode łba, po czym głośno westchnęła. Ewidentnie się z nią przekomarzał. Zresztą – jak zwykle. Nie chcąc jednak wszczynać bezsensownej kłótni, zapytała poważnym tonem.

-Dlaczego za mną poszedłeś, Xan? – Elf przyglądał jej się przez chwilę, jak by zastanawiał się, co ma odpowiedzieć. Odniosła wrażenie, że jest na nią zły.

– Nie lubię, gdy ktoś odchodzi, bez podania przyczyny – rzekł w końcu, przerywając milczenie – Teraz ja zadam ci pytanie. Dlaczego opuściłaś akademię? Chodzą plotki, że dyrektor po prostu cię wyrzucił? W jego głosie słychać było zdenerwowanie, ale instynktownie wyczuła, że tym razem nie jest skierowane w jej stronę.

– Nie twoja sprawa – odburknęła. Zresztą sama nawet nie znała prawdziwej przyczyny, z powodu której przełożony wydalił ją ze szkoły. Była przekonana, że głupstwa które jej naopowiadał, stanowiły jedynie marną wymówkę.

– W takim razie – Xan nie dawał za wygraną – skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, możemy iść dalej. Jakoś nie widzi mi się spędzanie tutaj nocy, w oczekiwaniu, aż nasi przyjaciele bardziej zgłodnieją.

Akira głośno przełknęła ślinę, zdając sobie sprawę, że chłopak ma rację.

– No dobra – westchnęła zrezygnowana – ale kiedy znajdziemy się w mieście, każdy idzie w swoją stronę. Nie potrzebuję towarzystwa.

– Zobaczymy – stwierdził szybko Xan, po czym ruszył przodem, nie dając dziewczynie szansy, by zaprotestować.

Reklamy

Rozdział 6 „Decyzja”

Akira miała dziwny sen. Znajdowała się w niewielkim pomieszczeniu. Przy przeciwległej ścianie stała malownicza ława, na której poukładane były dziecięce książki. Róg pokoju zajmowała kanapa z niezliczoną ilością lalek i innych zabawek. Wpół otwarte okno umieszczone na lewej ścianie, przesłonięte było delikatną fieraną. Pięknie namalowany gwiazdozbiór tworzył bajeczny sufit. Można było się domyślić, że pokój należał do dziecka. Wszystko to wydało się dziewczynie dziwnie znajome. Pośrodku izby stała ślicznie rzeźbiona kolebka, wyłożona miękkim pokryciem. Siedziała przy niej kobieta. Zwrócona tyłem do Akiry, trzymała w swych ramionach dziecię. Nuciła mu dobrze znaną dziewczynie kołysankę. Zaciekawiona nastolatka podeszła bliżej i dostrzegła, że dziecko w swej malutkiej dłoni ściska niewielki medalion. Identyczny jak jej własny. Momentalnie amulet wybuchł jaskrawym światłem, oblewając nim pokój. Akira zaskoczona przymrużyła oczy. Ostatnim co zobaczyła była twarz odwróconej w jej stronę kobiety, w rysach której rozpoznała swą ukochaną matkę.

Akira powoli uniosła powieki. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Znajdowała się z powrotem w swym akademickim pokoju. Obok łóżka siedziała skulona Seli, której twarz rozjaśnił uśmiech, gdy zobaczyła, że koleżanka odzyskała przytomność.

-Obudziła się!- wrzasnęła podniecona prostując plecy. Po chwili do pokoju wbiegł Xan, a tuż za nim nauczyciel od eliksirów. Akira złapała się za głowę, która nagle mocno ją rozbolała.

– Jak się czujesz?- spytał zaniepokojony chłopak, podchodząc z drugiej strony posłania. Nastolatka uniosła brwi.

-Czułabym się lepiej gdybyście tak nie krzyczeli- odparła. Była przekonana, że to dopiero początek radosnych pisków jej przyjaciółki i pouczających wywodów niesfornego elfa. Niepewnie spojrzała na Seli.

-Będzie zdrowa- stwierdziła śmiejąc się rudowłosa, po czym rzuciła się w ramiona zaskoczonej koleżanki.

***

Następnego dnia Akira czuła się na tyle dobrze, by wstać z łóżka. Nie zdążyła jeszcze dobrze obgadać całej sytuacji z przyjaciółmi, gdyż od razu została wezwana do dyrektora. Długi korytarz wyłożony drewnianą boazerią skręcał w prawo i prowadził schodami w górę. Były to jedyne schody na sam szczyt wysokiego budynku Akademii, gdzie znajdował się jego gabinet. Akira odwiedziła to miejsce tylko dwa razy. Pierwszy kiedy przyprowadzono ją na rozmowę kwalifikacyjną, pozwalającą wstąpić do grona młodych adeptów. Drugi, gdy przypadkowo za pomocą paru pstryknięć palcem wytłukła połowę szyb w szkolnej stołówce. O dziwo zamiast kary została przeniesiona klasę wyżej. Podobno ten osobliwy traf uważany był za nie lada wyczyn, ponieważ magiczne sztuczki tego typu były domeną starszych adeptów. Na nieszczęście trafiła do grupy, której przewodniczył Xan. On również wykazywał się niezwykłymi zdolnościami i lubował w utrudnianiu jej życia.

Po kilkuminutowej wycieczce stanęła przed drzwiami gabinetu. Ot tak ,dla reguły zapukała trzy razy i weszła do środka. Jak poprzednio, duże pomieszczenie zawalone było niezliczoną ilością świadectw oraz grafików, które zapewne wyznaczały godziny zajęć poszczególnych nauczycieli. Przy przeciwległej ścianie, przodem do wejścia stało mosiężne biurko, na którym spoczywało mnóstwo notatek i innych papierów. Za nim siedział dyrektor. W przeciwieństwie do ogólnie utartego wyglądu nie miał długich, siwych włosów i brody sięgającej kolan. Wyglądał na około czterdzieści pięć lat. Jasne brązowe włosy gdzieniegdzie przeplatały się z siwymi kosmykami, a dwa podbródki zapewne były wynikiem skłonności do tłustego jadła. Małe, ciemne oczy właśnie lustrowały nowo przybyłą.

-Usiądź Aki- wskazał na krzesło stojące przy biurku. Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie. Nie wiedziała czego ma się spodziewać, choć przecież nie zrobiła nic złego. Wręcz przeciwnie. Drugi raz uratowała życie swojej przyjaciółki. To, że był to czysty przypadek, nie miało tu nic do rzeczy.

– Domyślasz się zapewne z jakiego powodu cię wezwałem?- spytał mężczyzna, nie odrywając od niej wzroku.

-Miałam nadzieję, że zostanę zwolniona z tygodniowego dyżuru w kuchni, ale po pana minie wnioskuję, że chyba się pomyliłam – uśmiechnęła się, próbując ukryć zdenerwowanie, które nagle ją dopadło.

Dyrektor wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Nie wyglądał jakby go rozbawiła. Wydawało jej się, że poprzednim razem miał większe poczucie humoru. Ale najwidoczniej pamięć płatała jej figle, bo w tej chwili przełożony był – delikatnie rzecz ujmując – nieco zestresowany.

-Wydarzenia sprzed dwóch dni dały mi do myślenia – zaczął ignorując jej odpowiedź –Nie chcę żebyś opatrznie mnie zrozumiała albo co gorsza pomyślała, że nie doceniam tego co zrobiłaś. Wydaje mi się jednak, że nasza szkoła nie potrafi ci już nic więcej zaoferować. Odwrócił się w stronę uczennicy. Nastała chwila ciszy, przerywana jedynie chrapliwym oddechem dyrektora.

-Nie rozumiem- wymamrotała zdezorientowana, gdy już odzyskała głos. Naprawdę nie wiedziała co miał na myśli.

– Uważam… – mężczyzna zawahał się przez moment – że powinnaś opuścić Akademię.

Akira poczuła się jakby dostała obuchem w głowę. Opuścić? Chyba się przesłyszała. Jednak mina przełożonego na to nie wskazywała. Dreszcz przeszedł jej po plecach, a nogi miała jak z waty. Gdyby w tej chwili nie siedziała na krześle, z pewnością padła by jak długa spotykając się z podłogą. Spodziewała się wszystkiego – pochwały, gratulacji, ale nie tego, co usłyszała. Do głowy przyszła jej tylko jedna myśl.

– Dlaczego? –wymamrotała bardziej do siebie niż do rozmówcy. Dyrektor odchrząknął, jakby nagle pożałował tego co powiedział, jednak w jego następnych słowach nie było nic, co ratowałoby jej sytuację.

– Jesteś już na ostatnim roku – zaczął ostrożnie – niedługo odbędzie się nowy nabór uczniów, a szkoła jest mocno przepełniona. Brakuje nam miejsc dla osób, które dopiero chciałby rozpocząć swoją przygodę z magią – mówił to, jakby nauczył się kwestii na pamięć – twoje umiejętności wykraczają już poza zakres wiedzy, jaki możemy ci zaoferować. Przerwał, spoglądając na zagubioną dziewczynę.

Akira w życiu nie słyszała głupszej wymówki. Owszem, zdawała sobie sprawę, że to jej ostatni rok nauki, ale był dopiero środek semestru i wielu uczniów pod koniec przyszłej zimy miało opuścić mury Akademii, ustępując miejsca przyszłym studentom. Nie zastanawiała się jeszcze, co ze sobą zrobi, gdy ukończy szkołę, a tu nagle okazuje się, że może nawet nie mieć czasu na myślenie o przyszłości.

– Jest wielu uczniów, którzy szczycą się lepszymi osiągnięciami niż ja. Może oni zechcieli by wrócić wcześniej do swoich rodzin – zaczęła się bronić, zdając sobie boleśnie sprawę, że za chwilę, może znowu zostać bez dachu nad głową. Poczuła, że robi jej się słabo. W tej chwili zrobiłaby wszystko, żeby zmienił zdanie. Wszystko, oprócz jednego. Nie cofnęłaby czasu, bo wtedy Seli wyglądałaby jak robak zdeptany przed trolla.

Dyrektor chodził wtem i z powrotem, coraz szybciej przebierając swoimi krótkimi nóżkami. Wyglądał jakby sam nie był pewny tego co robi. W końcu odezwał się zduszonym głosem.

– Posłuchaj Aki – oparł się rękami o biurko, by ukryć ich drżenie – trzy lata temu, przyjąłem cię do Akademii z otwartymi ramionami i wiem, że podjąłem wtedy dobrą decyzję. Usiadł na fotelu nie odrywając rąk od blatu – Tym razem, uważam podobnie. Pora byś wyruszyła dalej, szukać swojej drogi. Jestem święcie przekonany, że znakomicie sobie poradzisz. Myślę, że po ostatnim wydarzeniu, twoje umiejętności rozwiną się w błyskawicznym tempie.

Patrzył na nią jakby chciał usłyszeć coś na potwierdzenie swoich słów. Po ostatnim wydarzeniu? Czyli po tym jak uratowała życie swojej najlepszej przyjaciółki? Co za bzdury. Akira zdała sobie nagle sprawę, że decyzja została już podjęta i pewnie nie warto się o nią spierać. Co za paradoks – myślała zdegustowana. Dostała szansę posiadania namiastki domu za to, że ocaliła czyjeś życie, a teraz, straciła ją z tego samego powodu. Pokręciła głową z niedowierzaniem. Postanowiła jednak, że nie da po sobie poznać, jak bardzo zranił ją wyrok dyrektora. Wyprostowała się i wwierciła wzrok w jego twarz.

– Ile mam czasu ? – odezwała się mocnym głosem, ale w jej oczach błysnęła panika. Poprawiła się na krześle by ukryć zdenerwowanie. Dyrektor pierwszy uciekł spojrzeniem w bok.

– Chciałbym, byś zwolniła pokój jak najszybciej – sięgnął do szuflady, udając, że czegoś w niej szuka.

Akira wydała z siebie dźwięk przypominający jęknięcie, ale mężczyzna chyba tego nie zauważył. I dobrze. Nie chciała by odkrył, co się z nią teraz dzieje. A działo się dużo. Ogarnął ją żal przeplatany, dobrze jej znanym, lodowatym strachem. Przez moment poczuła się jak wtedy, gdy przemocą odebrano jej rodzinny dom. Samotna, przerażona, bez żadnych perspektyw na lepsze jutro. Do oczu napłynęły jej łzy, zamrugała więc kilkakrotnie, żeby je odegnać. Nie – nabrała powietrza -nie mogła pozwolić sobie teraz na chwilę słabości.

– Rozumiem – wydusiła na tyle spokojnie, na ile było ją w tej sytuacji stać – w takim razie wrócę do pokoju się pakować. Chcę wyruszyć jak najszybciej, zanim się ściemni – dodała wstając z krzesła. Nie chciała dłużej być w pobliżu tego człowieka. Nie, kiedy w każdej chwili mogła wybuchnąć tłumionym wciąż płaczem. Dyrektor skinął tylko, zamykając szufladę. Tak jak myślała, nie znalazł tam nic ciekawego. Szybko wstała, podeszła do drzwi i złapała za klamkę, gdy usłyszała przybity głos.

– Aki – odwróciła się, by widzieć jego twarz. Wyglądał, jakby zjadł coś nieświeżego, a teraz męczyła go niestrawność – zgłoś się do kuchni. Dadzą ci tam zapas żywności na kilka dni – spojrzał jej w oczy. Trudno było określić, co chodzi mu po głowie – życzę ci dużo szczęście i… niech Pani Światła ma cię w swojej opiece – dokończył poważniejszym tonem. Tym razem nic nie odpowiedziała, tylko po cichu wyszła z gabinetu.

Przełożony przez dłuższą chwilę wpatrywał się w zamknięte drzwi.

– Nie mogłeś inaczej postąpić – jakaś postać wyłoniła się z cienia narożnego kredensu, pełnego nieposortowanych papierów. Dyrektor spojrzał na jasnowłosego, wysokiego mężczyznę o szlachetnych rysach twarzy – podjąłeś rozsądną decyzję Azmasie. Teraz, kiedy jej moc zaczyna się budzić, znaleźli by ją tu bez problemu. Powinna się przemieszczać. Tak będzie dla niej bezpieczniej. Mój uczeń też został sam. Pamiętaj – wybór należy tylko do nich. W pokoju zaległa niczym nie zmącona cisza.

– Wiem, Xargothcie – strapiony głos przełożonego świadczył o tym, że cała sytuacja była dla niego ciężarem – ale martwię się o dziewczynę. Los nie szczędzi jej przykrości. Przybysz stanął przed biurkiem opierając ręce o krzesło, na którym wcześniej siedziała nastolatka.

– Jestem pewien, że sobie poradzi – mówił z pełnym przekonaniem – zresztą nie będzie sama. Mój chłopak nie da za wygraną i przewróci do góry nogami pół świata, żeby znowu ją zobaczyć. A ja już nie będę mu przeszkadzał. Nadszedł czas by Izmer skrzyżowała ich ścieżki.

– A co z resztą? Z Xanem? – dopytywał się zniecierpliwiony dyrektor.

– Z tego co mi wiadomo są już w drodze. A jeśli chodzi o twojego elfa – chyba nie uważasz, że pozwoli jej odejść bez pożegnania – stwierdził tamten sucho. Przełożony zamilkł. Nie miał już więcej obiekcji. Może oprócz jednej. Odchrząknął.

– Dlaczego nie mogliśmy po prostu ułatwić im sprawy? Postawić przed sobą i wyjaśnić co się dzieje? – to pytanie musiało trapić go już od dłuższego czasu.

– Nie wiem – odrzekł szczerze Xargoth -Takie są zasady, nie my je ustalaliśmy. Uśmiechnął się pocieszająco – Trochę wiary przyjacielu – dodał – Te dzieciaki są silniejsze niż myślisz. Jeszcze nie przegraliśmy tej wojny.

Dyrektor w zamyśleniu pokiwał głową.

– Oby tak było – wyszeptał cicho – bo są naszą jedyną nadzieją.

Rozdział 5 „Misja”

Lukas szedł krok za nieznajomym. Był przekonany, że wyjdą ze Świątyni, ale mężczyzna przeciskając się przez tłum, przeciął salę główną i ruszył w kierunku bocznego ołtarza. Tam wszedł w jedyne, znajdujące się przy kolumnie, drewniane drzwi i ruszył wewnętrznym korytarzem. Młodzieniec domyślił się, że idą teraz prawym skrzydłem, gdzieś na tyły budynku. Po jakimś czasie skręcili w boczną odnogę i uszli kilkanaście metrów, zanim spostrzegł przed sobą wysokie, hebanowe drzwi.

– To tu – stwierdził jego przewodnik – arcykapłan już na ciebie czeka – dodał i za moment zniknął za rogiem, tak samo niespodziewanie jak się pojawił. To wszystko wydawało się równie zaskakujące co nierealne.

Pięknie – pomyślał chłopak wpatrując się w wejście przed sobą. Czego może chcieć od niego najwyższy opiekun świątyni? W przyspieszonym tempie przeszukiwał zakamarki pamięci. Oprócz paru, ok – więcej niż paru, spóźnień na nauki czy mszę, nie zrobił przecież nic złego. No, może za wyjątkiem zniszczenia kilku książek, zamienienia jednego z drzew okalających Świątynię w sopel lodu i zrobienia kępy leczniczych konopi z połowy dziedzińca. Ale to wszystko były tylko niefortunne przypadki, a nie celowe działanie. Usłyszał w oddali dźwięk przypominający wyrzut armatni. Obejrzał się na pusty korytarz. Może tu chodzi o ten tajemniczy napad? Zaraz jednak stwierdził, że to niemożliwe, bo przecież nie miał z tym nic wspólnego. Zapatrzył się w drzwi przed sobą. Nigdy nie był tchórzem, dlatego wziął głęboki wdech, zapukał dwa razy i wszedł do środka.

Pomieszczenie, w którym się znalazł było sporych rozmiarów. Dwie, przylegające do siebie ściany, zajmowały wysokie, aż po sufit biblioteczki, wypełnione księgami, pergaminami i przeróżnego rodzaju zwojami. Kolejną ścianę zajmowało okno, przed którym stało mosiężne, dębowe biurko. Siedział przy nim mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał jakby przeżył wieki, ale ponieważ Lukas nie wierzył w tego typu rzeczy, stwierdził, że musi być po prostu bardzo, bardzo stary. Jego siwa broda nie sięgała kolan, ale na pewno niewiele jej brakowało. Za to długości szarych włosów mogła mu pozazdrościć niejedna nastolatka. Przez chwilę pisał coś na papierze przed sobą, po czym zwrócił oczy na przybysza. To było naprawdę przenikliwe spojrzenie.

– Usiądź, chłopcze – staruszek wskazał na fotel przy biurku. Lukas czując na sobie jego wzrok, posłusznie wykonał polecenie. Miał nadzieję, że wiekowy gość nie rzuci się na niego przez dębowy blat i nie udusi, oplatając wokół szyi swoje siwe włosy. To nie byłaby, co prawda, najdziwniejsza rzecz, jaką dzisiaj zobaczył- stwierdził w myślach przypominając sobie kryształową kopułę okalającą mury Świątyni.

– Przykro mi, że spotykamy się w tak niefortunnych okolicznościach Lucasie Vertline – zaczął Arcykapłan. Jakby na potwierdzenie jego słów usłyszeli grzmot, dochodzący z oddali, gdzieś nad ich głowami – niestety los nie zawsze przynosi nam to czego oczekujemy – dokończył staruszek, niewzruszony tym co się działo. Młodzieniec siedział cicho, nie wiedząc co odpowiedzieć.

– Jak już ci zapewne powiedziano, jestem Arcykapłanem i już przez jakiś czas sprawuję pieczę nad tym pięknym miejscem – kontynuował, pochylając się nad biurkiem i uważnie przyglądając chłopcu. Tak jakby poprzednim spojrzeniem nie zlustrował go na wylot.

– Naprawdę sam już gubię się, ile to lat minęło kiedy w twoim wieku przybyłem do świątyni. To były czasy wielkich zmian, a ja podobnie jak ty teraz, czułem się niepewny tego, co czeka mnie przy ołtarzu Izmer. Choć wiedziałem jedno, że trafiłem w dobre ręce. Lukas skinął ze zrozumieniem. Tak naprawdę nic nie rozumiał, bo on trafił tu przypadkiem, ale lepiej ni mówić tego na głos. W tym samym momencie usłyszeli potężne uderzenie. Mogło to oznaczać tylko jedno. Na zewnątrz nadal szalała ognista burza. Staruszek zmarszczył brwi.

– Żałuję, że nie mamy więcej czasu – rzekł nagle stroskany – Wiele chciałbym ci przekazać, ale ze zrozumieniem tych słów będziesz musiał poradzić sobie sam. Choć pewne rzeczy mogą wydać ci się niedorzeczne, pamiętaj, że nic nie dzieje się w świecie bez przyczyny. Westchnął głośno.

-Widzisz – rozłożył dłonie, by za moment złączyć je jak do modlitwy – na świecie ważne jest jedno – równowaga. To ona wyznacza granice tego co dobre i co złe. Bez niej krąg życia zostaje naruszony, a dotychczasowe spokojne istnienie świata poddane próbie. Zza okna doszły ich niezrozumiałe krzyki tłoczących się na dziedzińcu ludzi. Starzec spojrzał w oczy chłopaka.

– Sprowadziłem cię tu ponieważ masz do wykonania pewną misję – zaczął – musisz jednak przygotować się na to, że wiele zmieni ona w twoim życiu. I od ciebie będzie zależało czy podołasz wszystkiemu z godnością wyznawcy bogini światła. Ja z kolei wiem, że los nie wybrał cię przypadkowo. Przerwał czekając na reakcję chłopaka. Luk wzruszył ramionami ponownie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Bo niby na co liczył Arcykapłan? Misja? A kim on był, że zwraca się z tym akurat do niego? – już miał zapytać głośno, gdy staruszek przemówił dalej.

– Jak wiesz świątynia ta powstała setki lat temu – kontynuował – Znajduje się tu nie tylko wiele ksiąg oraz zapisów dotyczących wielkiej wojny i spekulacji dlaczego doszło do takiego spustoszenia wśród żyjących na świecie ras. Wielu twierdzi, że ludziom znudził się dotychczasowy porządek i harmonia panująca na ziemi. Inni mówią o złych mocach wysłanych przez bogów, którzy nagle postanowili zabawić się kosztem śmiertelników. Prawda zawsze chowa się gdzieś pośrodku, należy jednak pamiętać, że między początkiem, a końcem istnieją różne drogi, którymi można podążać. I to od naszych decyzji zależy jak potoczą się losy istnienia świata.

I to miało mu coś niby wytłumaczyć? – zastanowił się Luk. Takie filozoficzne gadanie niewiele do niego przemawiało. Zaczął się niecierpliwić, co zapewne było widać po tym jak wiercił się na krześle. Lubił konkrety, a w tym momencie nadal nie wiedział na czym stoi i po co w ogóle go tu wezwano. Staruszek westchnął zmęczony, patrząc na młodzieńca jakby słyszał jego myśli. Lukas poczuł się nagle bardzo głupio, ale przecież takie rzeczy nie istniały. Prawda?  

Ponowne uderzenie sprawiło, że z biurka spadła buteleczka atramentu, rozbijając się o marmurową podłogę.

– Musimy się spieszyć – Arcykapłan wstał i podszedł do jednej z biblioteczek. Chłopak zauważył, że jego broda jednak sięgała kolan. Ciekawe czy nie potykał się o nią gdy chodził.

– Chodź za mną. Wytłumaczę ci wszystko po drodze – usłyszał, gdy podnosił się z fotela. Kapłan wyjął z półki dwie grube księgi i zamienił je miejscami. Lukas patrzył w zdumieniu jak szafka, obracając się powoli, ukazała mroczne przejście. Starzec wziął jedną z pochodni wiszących na ścianie i skierował się w głąb wejścia. Ale jaja – pomyślał chłopak, rozglądając się na boki i niepewnie podążając za przewodnikiem. Wąskie przejście prowadziło w dół schodami, które zdawały się nie mieć końca. Po jakimś czasie Lukas stwierdził, że muszą znajdować się głęboko pod ziemią. Każdy stopień niknął w coraz większej ciemności. Gdyby nie pochodnia, nie widział bym własnej, wyciągniętej dłoni – pomyślał chłopak.

– Masz rację młodzieńcze – głośno stwierdził kapłan – jesteśmy jakieś sto trzydzieści stóp pod powierzchnią Świątyni. O tych podziemiach wie już niewielu. Luk o mało nie spadł ze schodka co byłoby jednoznaczne z bardzo szybką wycieczką na dół zarówno jego jak i podążającego przed nim staruszka. Jeśli dobrze zrozumiał, duchowny odpowiedział na jego pytanie, które przecież zadał sobie jedynie w myśli.

– Większość z nas posiada zdolności telepatyczne – kontynuował niczym nie wzruszony kapłan potwierdzając tym samym domniemanie chłopaka – twój ojciec, był jednym z nas, nim sytuacja zmusiła go by opuścił mury Świątyni. Myślę jednak, że mimo to, był bardzo szczęśliwy.

Na wspomnienie o ojcu Lukas nagle odzyskał głos.

– Mój ojciec? – zapytał zdezorientowany – nigdy mi o tym nie wspominał. Przecież miał żonę i… dziecko, a wy żyjecie w ascezie. Kapłan zwolnił kroku, gdyż zejście wydawało się coraz bardziej strome.

– To prawda – rzekł po chwili – ale to nie prawo narzuca nam taki tryb życia tylko my sami. Twój ojciec był Misjonarzem, spotkał ukochaną kobietę, związał się z nią i poświęcił rodzinie.

Chłopak przez moment trawił to, o czym usłyszał. Faktycznie tata zawsze stawiał na pierwszym miejscu jego i matkę. Mimo iż Lukas nie pamiętał swojej rodzicielki, ponieważ zmarła przy porodzie, widział miłość w oczach ojca, gdy ten opowiadał o niej swojemu jedynemu synowi. Zawsze trochę zazdrościł ojcu wspomnień o mamie, ale cieszył się, że mężczyzna, pomimo straty, chętnie o niej mówił. To dawało namiastkę utraconej bliskości.

– Jesteśmy prawie na miejscu- Arcykapłan przerwał jego rozmyślania. Jeszcze kilka stopni i znaleźli się w obszernym pomieszczeniu. Jego faktyczna wielkość ukazała się dopiero gdy starzec dotknął pochodnią bocznej ściany, która w kilka sekund rozświetliła się sznurem połączonych ze sobą łuczyw. Chłopak rozejrzał się dookoła zatrzymując wzrok na przeciwległej ścianie gdzie widniały drzwi, spod których wydostawała się smuga jasnego światła. Luk znacząco uniósł brwi.

– Tam znajduje się jedna z największych tajemnic tej świątyni. Zanim twój ojciec odszedł, dał nam na przechowanie pewien bardzo cenny przedmiot – rzekł starzec odpowiadając na nieme pytanie – od pokoleń należał on do waszej rodziny i myślę, że już czas żeby trafił w twoje ręce. Duchowny ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymując się przed nimi, odsunął się by przepuścić młodzieńca.

-Idź pierwszy- wskazał na wejście. Lukas wahał się przez moment, ale ciekawość wzięła górę. Podszedł i powoli nacisnął zardzewiałą klamkę.

– Zamknięte – stwierdził patrząc zdezorientowany na kapłana. Staruszek uśmiechnął się do niego spokojnie.

– Jesteś pewien?- zapytał. Młodzieniec wzruszył ramionami i ponownie nacisnął klamkę, która tym razem ustąpiła bez problemu. Zaskoczony pchnął drzwi zza których wylała się fala światła. Powoli przestąpił próg, przyzwyczajając oczy do jasności. Pomieszczenie, w którym się znaleźli na pierwszy rzut oka zdawało się być puste. Luk zdumiony zastanawiał się jakim cudem pod ziemią może być tyle światła. Odpowiedz przyszła sama gdy przy jednej ze ścian dostrzegł najjaśniejszy punkt. Ruszył by przyjrzeć się przedziwnemu zjawisku. Na niskiej marmurowej kolumnie spoczywał niewielki medalion, w kształcie gwiazdy. Zaaferowany dotknął dłonią gładkiego szlifu. Niespodziewanie amulet uderzył w niego rażącym blaskiem. Gdy się ocknął, leżał na posadzce, a w ręku ściskał felerne świecidełko. Nad nim z radosnym wyrazem twarzy, pochylał się Arcykapłan.

– Chyba coś zepsułem – stwierdził Lukas spoglądając przymilnie na starca i powoli podnosząc się z podłogi. W odpowiedzi usłyszał wybuch śmiechu. Najwidoczniej kapłanowi dopisywał humor.

– To czego byłeś świadkiem jedynie udowadnia, że jesteś prawowitym właścicielem medalionu – odpowiedział tamten, gdy już się uspokoił – gdyby tak nie było, drzwi tego pokoju nigdy nie ustąpiły by pod naporem twojej dłoni.

Luk rozejrzał się na boki utwierdzając w przekonaniu, że poza świecidełkiem, które teraz ściskał w dłoni, pomieszczenie jest całkowicie puste. Nie było też żadnego innego prócz pochodni trzymanej przez starca, źródła światła, co by znaczyło, że nie miał przewidzeń i amulet musiał posiadać dziwne właściwości. Podniósł rękę i zaczął dokładnie mu się przyglądać. Gwiazda o pięciu ramionach skrywała w swoim wgłębieniu niebieskawą, delikatnie błyszczącą łzę, osłoniętą prawdopodobnie szkłem. W życiu nie widział czegoś podobnego. Chyba musiał westchnąć z podziwem, bo Arcykapłan odezwał się zadowolony.

– To moc wody – oznajmił – pozwala wykorzystać ten żywioł osobie, która jest do tego wyznaczona. W tym przypadku jesteś nią ty – zapewnił chłopaka. Luk uniósł brwi. Nagle wszystko zaczęło się układać. Przypomniał sobie jak często miał do czynienia z tym darem, nawet nie zdając sobie sprawy z czego biorą się jego umiejętności. Małe wiry na niewielkim stawie w pobliżu jego miasteczka, deszcz, który padał zawsze, gdy chłopak miał zły humor, czy choćby niefortunny wypadek z zamarzniętym drzewem przy kaplicy, w której uczniowie zbierali się na modlitwę. Zastanowiło go jeszcze jedno.

– Czy mój ojciec posługiwał się wcześniej tym medalionem?

Arcykapłan potrząsnął głową spoglądając na chłopca.

– Ten cenny dar, faktycznie należał uprzednio do twojego ojca. Jednak jakiś czas temu amulety straciły swą moc, więc nie mógł z niej korzystać. Niestety nie wiemy do końca czemu tak się stało. Mamy jedynie pewne podejrzenia. Przerwał na chwilę biorąc oddech – jednakże kilkanaście lat temu, gdy byłeś jeszcze małym chłopcem, medaliony na moment odzyskały swą moc, zaskakując nas wszystkich ponownie. Ale wtedy wiedzieliśmy już, że zdarzył się cud, na który wszyscy czekaliśmy. Lukas niepewny spojrzał kapłanowi w oczy, pocierając dłońmi spocone czoło.

– Cud?

Staruszek przeniósł wzrok na amulet, odbiegając gdzieś myślami, by za chwilę dodać głosem pełnym szacunku.

– Narodziła się istota, dzięki której ten świat może całkowicie nie pochłonie się w ciemności. A wierz mi mój chłopcze, nadchodzą niespokojne czasy. Mrok czai się za rogiem.

Mimo dziwnych słów Arcykapłana, Luk spokojnie odetchnął. Już myślał, że to on jako mały dzieciak majstrował coś przy świecidełku i sprawił, że zaczęło błyszczeć jak gwiazda polarna. Na szczęście tym razem nie był odpowiedzialny za to całe zamieszanie. Jedno nie dawało mu jednak spokoju.

– Dlaczego powiedział kapłan, medaliony? – spytał – to znaczy, że jest ich więcej?

– Tak – staruszek uśmiechnął się powoli – i tu właśnie rozpoczyna się twoja posługa.

No wreszcie – stwierdził w duchu chłopak – już myślał, że nigdy nie dowie się, co on ma z tym wszystkim wspólnego. Oprócz jednego małego szczegółu. Właśnie został szczęśliwym właścicielem niespotykanej biżuterii, która rzekomo da mu władzę nad jednym z żywiołów. Cudownie.

– W tym momencie – dodał starzec – twoim zadaniem jest odnalezienie pozostałych osób obdarzonych mocami. Każda z nich będzie posiadać podobny medalion, przeznaczony tylko dla niej. Niestety nie jestem do końca pewny ilu was jest, ale studiując formę amuletu stwierdziliśmy z uczonymi, że pięć ramion gwiazdy oznacza tyleż samo istot obdarowanych poszczególnym darem. Tylko wspólne połączenie waszych energii pozwoli na odnalezienie Otulonej Światłem. Ona jest kluczem do naszego zwycięstwa.

– Ale nie istnieje pięć żywiołów – odkrywczo stwierdził Luk – jaką więc moc ma piąty medalion?

Nieoczekiwanie usłyszeli nad głowami przerażający huk, a z sufitu posypały się kawałki gliny. Kapłan zmarszczył brwi.

– Na więcej wyjaśnień nie mamy już czasu – rzekł zasmucony – poza tym, ja nie znam odpowiedzi na wszystkie twoje pytania, ale jest ktoś kto posiada taką wiedzę. Wskazując drzwi, wyprowadził chłopaka z pomieszczenia – zwą ją Szarą Wiedźmą. Odszukajcie ją, a wszystko stanie się jasne –dodał pospiesznie – tymczasem mój wierny przyjaciel pomoże ci bezpiecznie opuścić mury świątyni i wskaże, w którym kierunku powinieneś się udać – spojrzał za plecy młodzieńca. Luk odwrócił się i… zamarł. Wysoki, młody mężczyzna stojący w ciemnym korytarzu był człowiekiem, który niegdyś uratował mu życie.

-Witaj Lukasie- odezwał się przybysz- na nas już pora.

***

Lukas pamiętał, jak szybko pożegnał się z Arcykapłanem, który dał mu błogosławieństwo i razem z Roethem – bo tak miał na imię jego wybawca – ruszyli w drogę. Cały czas podążali w ciszy, błądząc w ciemnych korytarzach znajdujących się pod kompleksem świątynnym. Mniej więcej po godzinie ciężkiej wędrówki, wyszli na powierzchnię. Ku swojemu zdumieniu chłopak odkrył, że znajdują się na skraju doliny, daleko od monumentalnej budowli przeznaczonej Pani Światła. Na przezroczystej kopule chroniącej zabudowania, pod wpływem ciągłych uderzeń, pojawiały się szkliste rysy.  

– Wkrótce przebiją się przez magię i wedrą do tego świętego miejsca – mężczyzna pierwszy przerwał ciszę. Luk oczami wyobraźni widział, jak piękne budowle obracają się w ruinę, a niczemu nie winni ludzie, którzy od lat uważali to miejsce za jedyny dom, giną bez nadziei na jakikolwiek ratunek. Zacisnął pięści, czując jak wzbiera w nim gniew.

– Nie mogą tego zrobić! – zdenerwowany spojrzał na swojego przewodnika – musimy jakoś im pomóc!

– Nic nie poradzimy chłopcze- stwierdził spokojnie Roeth – możemy jedynie pocieszyć się myślą, że nie dostaną tego po co przyszli – gestem wskazał na medalion wiszący przy szyi młodzieńca.

Chłopak wahał się przez moment, ale nie był na tyle głupi, by zaprzeczyć, że mężczyzna ma rację. Było ich tylko dwóch. Nie widział żadnej armii spieszącej na pomoc, ani nie wyobrażał sobie by młodzi uczniowie w większości zamieszkujący mury świątyni, byli fizycznie przygotowani na taki napad. On sam nawet nie był w stanie określić, z jakiego kierunku atakuje wróg, czy choćby jakiej broni używa. Te świetliste naboje wyglądały na magiczne, ale równie dobrze mogły być podpalonymi, armatnimi kulami. W zamyśleniu dotknął palcami amuletu. Poczuł, jak powoli ogarnia go spokój, tak jakby świecidełko podpowiadało mu, że przyjdzie jeszcze czas na odwet. Zerknął na swojego przewodnika, który teraz uważnie mu się przyglądał.

– Tak, Lukasie – usłyszał odpowiedź, na pytanie które zadawał sobie w duchu – ten medalion ma ogromną wagę. Wielu chciało dostać go w swoje łapska. Bez niego nie dotrzesz do istoty obdarzonej mocą światła. A o nią właśnie chodzi napastnikom. To z jej pomocą jesteśmy w stanie nadać kres zbliżającemu się złu, a wierz mi, czasu mamy coraz mniej.

Luk skinął głową. Pierwszy raz dotarło do niego, że w tym wszystkim chodzi o coś naprawdę ważnego. Teraz, każda jego decyzja może mieć nieokreślone konsekwencje. Spojrzał na słabnącą osłonę świątyni. Wojna wymagała ofiar, lecz on w duchu modlił się by jego przyjaciołom jakoś udało się uniknąć okrutnego losu. Nie chciał nawet zastanawiać się co w tej chwili musi czuć Evarn. Przecież on nawet bał się własnego cienia. Powoli przełknął ślinę.

– Czy oni muszą zginąć? – spytał cicho ruchem głowy wskazując kierunek świątynnych zabudowań.

– Kapłani starają się wyprowadzić jak najwięcej uczniów podziemnym tunelem znajdującym się pod spichlerzem –odrzekł Roeth – Jednak wątpię, by zdążyli pomóc wszystkim – dodał już ciszej. Sam wyglądał jakby bardzo mu się spieszyło. Lukas wcale nie poczuł się lepiej słysząc te słowa.

– Ja nadal nie wiem z kim przyjdzie nam walczyć – stwierdził zagubiony, patrząc na słabnącą zasłonę Świątyni. Miał nadzieję, że Evarn jest już daleko poza jej murami. Roeth westchnął, położył dłonie na ramionach młodzieńca i spojrzał mu w twarz.

-Posłuchaj- zaczął spokojnie mężczyzna – podejrzewamy, że jest pięć medalionów, które bogini Izmer rozdała śmiertelnikom, by z ich pomocą strzec równowagi panującej na ziemi. Niekoniecznie posiadają je ludzie. W waszym gronie mogą znaleźć się istoty różnych ras. Najważniejsze byście trzymali się razem i wzajemnie sobie pomagali. Bez względu na uprzedzenia tworzycie jedną drużynę. Jesteście Posłannikami Światła i to ono musi was prowadzić. Luk skinął głową. Jak do tej pory, jeszcze kodował.

– Gdy już się zbierzecie – kontynuował mężczyzna – odnajdźcie kobietę, którą zwą Szarą Wiedźmą. Ostatni raz widziano ją na drodze prowadzącej do Isan. Ona będzie wiedziała jak wam pomóc. Myślę też, że odpowie na wiele pytań.

-Jak odnajdę pozostałych ?- wtrącił szybko chłopak. Roeth uśmiechnął się pewny odpowiedzi.

– O to nie musisz się martwić młodzieńcze – rzekł tajemniczo- wcześniej czy później los postawi was na swojej drodze. Żywioły zawsze muszą ze sobą współistnieć. Rozmowę przerwał im kolejny, silniejszy od poprzednich wybuch. Oboje spojrzeli w kierunku doliny, gdzie ogień pożerał już większość przyświątynnych zabudowań.

– Na mnie już czas – oznajmił zniecierpliwiony Roeth. W oczach Lukasa pojawiła się niepewność.

-Jak to? Odchodzisz?- zapytał szybko. Mężczyzna skinął twierdząco głową.

-Moim zadaniem było wyprowadzenie cię ze świątyni. Teraz muszę tam wrócić. Arcykapłan mnie potrzebuje.

-Ale, przecież…

-Lukasie Vertline – Roeth nie pozwolił mu dokończyć – tu musimy się pożegnać. Na razie poprowadzi cię ten szlak – wskazał na drogę biegnącą wzdłuż niewielkiej przełęczy, ginącej w otchłani lasu – gdy dotrzesz do pierwszej wioski, którą zwą Małą Puszczą kieruj się traktem wzdłuż rzeki Renn. To główna droga handlarzy. Któryś na pewno wskaże ci trasę prowadzącą do Isan. Może inni Posłannicy już tam na ciebie czekają. I pamiętaj – przerwał na moment by zaczerpnąć powietrza – jeśli los postawi na waszej drodze osoby godne zaufania, nie wahajcie się przyjąć je w swoje kręgi – będziecie potrzebować sojuszników.

Młodzieniec zwiesił głowę, gdy mężczyzna w pocieszającym geście położył dłoń na jego ramieniu.

-Odwagi chłopcze – rzucił wyzywająco – właśnie rozpoczyna się twoja przygoda. A to na dobry początek.

Lukas uśmiechnął się słabo. Jeśli te słowa miały go pocieszyć, jego wybawcy nie bardzo się to udało. Ale nie miał zamiaru dać po sobie poznać, że strach łapie go za gardło. Wyciągnął rękę i przyjął kilka złotych monet, podarowanych mu przez mężczyznę.

-Żegnaj Posłanniku Światła – Roeth odsunął się, skłonił lekko i skierował z powrotem w stronę okupowanej już Świątyni.

– Kapłanie – zrobił kilka kroków, gdy doszedł go cichy głos Lukasa. Mężczyzna odwrócił się, by spojrzeć na chłopca.

– Nigdy nie miałem okazji podziękować ci za uratowanie życia – kontynuował Luk – jestem twoim dłużnikiem – dodał nieco głośniej i szybko podążył wskazanym mu traktem.

Roeth długo jeszcze stał i patrzył za odchodzącym młodzieńcem.

Prolog

Błyskawica z ogromną siłą przeszyła nocne niebo, uderzając w ziemię. Za nią podążyła kolejna. Pod czarnym sklepieniem wrzała przeraźliwa walka. Każde uderzenie pioruna oświetlało toczącą się rzeź. W powietrzu czuć było odór rozkładających się ciał. Strumień ciemnej energii uderzył w walczącego, rozdzierając go przy tym na pół. Z nieba lał się deszcz śmiertelnych strzał, pochłaniając kolejne, przerażone ofiary. Całe to wydarzenie przypominało starcie ziemi z podniebnym sklepieniem. Wiele ras świata zebrało się w tym czasie na polach Taherun – jedynym zakątku, na którym zamiast pustki królowała wojna. Nie istniały już małe osady, liczne wioski, tętniące życiem miasta, ogromne państwa czy wspaniałe krainy. Dowódcy licznych nacji spotkali się na ziemiach Taherun w walce, która nie mogła przynieść nic prócz całkowitego zniszczenia.

Żołnierz gwardii elfickiej, złocistą strzałą przeszył gardło biegnącego w jego stronę krasnoluda. Zaraz potem jego głowa oderwana od reszty tułowia spoczywała pod nogami rządnego krwi ogra. Tu i ówdzie leżały zwęglone szczątki ludzkie. W górze stado gryfów próbowało sił w starciu z niespotykanym ognistym smokiem. Po chwili to, co zostało z ich ciał dołączyło do reszty poległych. Nawet bogowie, którzy zawsze starali się zapanować nad chaosem, stali się jego cząstką.

Pola Taherun niegdyś obsypane bujną roślinnością, gościły teraz w swych obszernych ramionach ciała ofiar, toczącej się beznadziejnej wojny. Wkrótce, w miejscu bitwy pozostało niewielu przedstawicieli poszczególnych ras biorących w niej swój udział. Jednak zbrojna konfrontacja trwała nadal. Pałający nienawiścią żołnierze w ferworze walki starali się nie dostrzegać okrucieństwa z jakim niespotykany, ognisty smok rozprawiał się z wybranymi przez siebie ofiarami. Jeden z mężczyzn niemal trafił go w serce złocistą, pięknie rzeźbioną strzałą o niesamowicie przejrzystym, kryształowym grocie. Niestety spotkała go za to sroga kara. Smród jego palonego ciała długo unosił się w powietrzu, podobnie jak płacz kobiety, która rzuciła się biedakowi na ratunek.

Ludzie, elfy i leśnie skrzaty, krasnoludy, minotaury i gobliny oraz wiele innych uczestników bitwy z trwogą przyglądało się jak okrutny smok przybiera postać zbliżoną do ludzkiej, po czym z grymasem zadowolenia na twarzy przeszywa serce zrozpaczonej kobiety mieczem, który w niewiadomy sposób znalazł się w jego dłoni. Szaleńczy śmiech potwora obudził wśród wojowników uczucia, o jakich dawno już zapomnieli. Czując na sobie przerażone spojrzenia, okrutny zwycięzca zdawał się wręcz karmić strachem swoich widzów. Znacząco wyróżniał się z tłumu, nie tylko wyglądem, ale i siłą niespotykaną nawet w świecie magii. Patrząc w jego oczy, można było dostrzec jedynie złowieszczy mrok.

W tym samym momencie na horyzoncie pojawiło się drobne światło. Z każdą sekundą rosło w siłę. Wojownicy zdezorientowani wpatrywali się w zbliżające, niecodzienne zjawisko. Nawet „smoczy” mężczyzna spoglądał, ciekawy z czym przyjdzie mu się spotkać. Pędzący z wyjątkową prędkością, oślepiający blask uderzył we wszystkich swą intensywną energią, powalając ich na zbrukaną krwią ziemię. Z ogarniającej jasności wynurzyła się młoda kobieta. Jej niesamowita uroda przywodziła na myśl boginie, których nikt nie widział, a jedynie śpiewano o nich w pieśniach. Drobna postura zupełnie nie pasowała do mocy, którą musiała posiadać niezwykła niewiasta. Czarne jak noc włosy okalały jej twarz, a srebrzysta suknia, swym delikatnym materiałem obejmowała ciało.

Żołnierze zapominając, że znajdują się wśród wrogów, przerywali walkę, by bliżej przyjrzeć się nowo przybyłej. Nawet bezwzględny tyran pojedynkujący się uprzednio pod postacią smoka zdawał się być wysoce zaintrygowany. Dłuższą chwilę mierzył się z kobietą wzrokiem, wymieniając myśli. Wtem po okrutnej twarzy nikczemnika przebiegł wyraz najwyższego zdumienia. Niewiasta jednak nie czekała długo, by rozpocząć walkę. Obserwując jej siłę, można było wysnuć tylko jeden wniosek – wynik tego starcia był z góry przesądzony.

Pojedynek trwał krótko. Wszystkie żywioły Ziemi, na jedno skinienie kobiety, szalały wokół okrutnika zamykając go w przedziwnej pieczarze, stworzonej ich mocą. Wieńcząc swoje dzieło, niewiasta podniosła z ziemi garść kamieni, które do złudzenia przypominały drobne kryształy, by z pomocą jednego z nich przypieczętować zamknięcie dziwnego więzienia. Wściekły mężczyzna szarpał się wykrzykując groźby, na które zwyciężczyni była całkowicie głucha. Po chwili, wśród złowieszczego ryku, pieczara zniknęła w ciemnej, ziemskiej otchłani.

Niczym nie zmącona cisza, ogarnęła uginające się pod ciężarem ofiar pola Taherun. Kobieta powoli zwróciła się w stronę pozostałych przy życiu wojowników.

-Głupcy!- rzekła przeszywającym głosem, który niósł się falami, docierając do wszystkich uszu – Coście uczynili? Czyż nie widzicie, że stąpacie po ciałach swych braci? Gniewnym wzrokiem błądziła po zwróconych w jej stronę, zatrwożonych twarzach. Wicher, który się zerwał, ugodził we wszystkich swym zimnym podmuchem, obejmując ramionami pole bitwy.

-Rozejrzyjcie się! – wiatr pieścił skórę niewiasty, unosząc ją wysoko ponad ziemię. Suknia powiewała delikatnie, niewzruszona jego szaleńczymi podmuchami – Zrujnowaliście świat, budowany wspólnymi siłami. Ujrzyjcie własne dzieło! Kobieta wyciągnęła przed siebie dłonie. Między palcami uformowała niewielką kulę światła, która wyrzucona w górę, uderzyła we wszystkich oślepiającym blaskiem. Nagle noc przeszła w dzień, ukazując krwawe konsekwencje niepotrzebnego konfliktu. Zdezorientowani słuchacze rozglądali się wokół, a każdy kolejny obraz zapadał na wieki w ich pamięć.

Wojna Chaosu – jak nazwali ją później mędrcy – przyniosła ogromne straty. Odbudowa zniszczonych przez strumień nienawiści krain zajęła wiele dekad. Nikt nie potrafił znaleźć odpowiedzi na pytanie od czego to wszystko się zaczęło. Jakże okrutne uczucie musiało zakiełkować w sercu żywych istot, by doprowadzić do takiego spustoszenia wśród żyjących w harmonii ziemskich ras. I co najważniejsze czy padając niegdyś na podatny grunt będzie w stanie ponownie wydać straszny plon, zagrażając równowadze życia?

Jak często powiadają uczeni, wiele starych przepowiedni twierdzi, że gdy na ziemię zstąpi Mrok, odrodzi się istota obdarzona niezwykłą mocą, by nadać kres okrutnym rządom zła i nienawiści. Mówić o niej będą – Otulona Przez Światło.

Rozdział 4 „Świątynia Izmer”

Słońce ciekawie wyglądało znad gór. Wysokie zbocza, porośnięte bujną roślinnością, skrywały w swym runie najróżniejsze zwierzęta. Pomiędzy gęstymi zaroślami dostrzec można było nory królików oraz lisów. Położone wyżej, wykute w skale, niewielkie jamy, dawały schronienie wilkom. Woda spływała po skalnych urwiskach, tworząc w licznych miejscach malutkie wodospady. Piękne, często nieznane dotąd kwiaty, porastały ogromne połacie tej górskiej kotliny. Patrząc na to wszystko, można by pomyśleć, że owego krajobrazu nie skaziła dotąd żadna ludzka ręka. Jednakże przeczyła temu, położona pośrodku doliny monumentalna budowla. Centralny punt kompleksu kilku budynków otoczonych wysokim murem, stanowiła potężna Świątynia. Po kamiennych ścianach zamku pięły się zielone pnącza gron. W zaokrąglonych oknach tańczyły iskierki promieni słonecznych. Cztery wysokie wieże sprawiały wrażenie jakby swym szczytem chciały dotknąć chmur. W lewym przybocznym budynku znajdowało się dormitorium, refektarz oraz łaźnie. Tam właśnie wielu kapłanów, misjonarzy i uczonych udawało się na spoczynek po wielogodzinnych modlitwach oraz naukach. Prawą, kwadratową budowlę nazywano Świątynią Mniejszą. Tu większość uczniów kultywowało wiarę i poznawało historię zamierzchłych czasów, kiedy to na świecie panował chaos, a niezwykła moc bogini Izmer, pozwoliła uwolnić się od czarnej przyszłości.  

Wejścia na wewnętrzny dziedziniec strzegła żelazna brama. Za murami Świątyni uprawiano żyto, kukurydzę i różnego rodzaju zioła, które po żniwach składowane były w spichlerzu wewnątrz świątynnych murów.

Lukasa obudził dźwięk poruszonego dzwonu. Przekręcił się na drugi bok, zakrywając głowę poduszką, ale ten sygnał nie dawał o sobie zapomnieć. Znali go wszyscy młodsi uczniowie, a oznaczał: „ruszcie się – czas na poranną modlitwę”. Niedługo potem, nadal zaspany, był już w drodze do niewielkiej kaplicy, znajdującej się w budynku Świątyni Mniejszej. Trafił tu ponad dwa lata wcześniej, gdy jego rodzinne miasteczko Nawer zostało napadnięte przez bandę łotrzyków i doszczętnie spalone. Stracił wtedy ojca, który pomijając mocno podeszły wiek, zawsze był młody duchem i stanowił ogromne wsparcie dla niesfornego chłopaka. Lukas sam ledwo uszedł z życiem, dzięki kapłanowi, który odnalazł go nieprzytomnego na szlaku, prowadzącym do niegdyś pięknego Maersan – jednego z trzynastu miast Faerlis. Jego wybawiciel przyprowadził go tu, do świątyni i pomógł mu dostać się w szeregi młodej grupy uczniów. Od tamtej pory już go nie widział. Nawet nie znał jego imienia.

-Luk! – z zamyślenia wyrwał go głos Evarna, który machał do niego z oddali – pospiesz się! Jeszcze jedno spóźnienie i możemy mieć kłopoty!

-Zdążymy! – odparł młodzieniec, podbiegając do przyjaciela. Evarn był jego towarzyszem odkąd zjawił się w tym miejscu. Jego okrągła twarz i taka sama postura współgrały z zabawnym charakterem. Razem nieraz ładowali się w kłopoty, ale jak do tej pory udawało im się unikać większych konsekwencji. W ostatniej chwili obaj wbiegli do kaplicy i zajęli miejsca w jednej z drewnianych ław.

Poranna modlitwa była tradycją, o której każdy młody uczeń nie mógł zapomnieć. Msza rozpoczynała i kończyła się pieśnią. Podczas kazania kapłan opowiadał o zasadach panujących w świątyni, których przestrzeganie nigdy nie było mocną stroną zarówno Lukasa jak i Evarna oraz raczył wszystkich starymi opowieściami o Czasach Niepokoju i początkach powstania tego miejsca. Lukas znał już wiele legend. Najbardziej utkwiła mu w pamięci historia Wojny Chaosu i pola Thanden zasiane szczątkami poległych. Niestety kapłan, w przeciwieństwie do innych historii, przytoczył ją tylko raz i już nigdy więcej do niej nie powrócił. To jednak wystarczyło, by w chłopaku obudziła się tęsknota za ojcem, który zawsze z zapartym tchem rozwodził się właśnie nad tą legendą. Luk nigdy nie zastanawiał się skąd w rodzicu brał się zapał do ciągłego przytaczania historii bitwy pod Thanden oraz miłość i podziw wobec bogini Izmer, która odegrała w niej kluczową rolę.

Z rozmyślań wyrwało go przeciągłe chrapanie. Spojrzał na Evarna, którego ramiona podpierały się o przednią ławę, a na nich spoczywała głowa. Jego charchot zdążył przyciągnąć już uwagę niejednego ucznia, a ślina kapiąca z ust stworzyła niewielką kałużę na marmurowej posadzce. Genialnie – pomyślał Lukas dając koledze kuksańca w bok. Ten jednak nabrał tylko powietrza i z jeszcze głośniejszym chrapnięciem wypuścił je z płuc.

– Ev – syknął Lukas uderzając ponownie nieco mocniej, w efekcie czego przyjaciel szarpnął się jak oparzony, stanął na baczność i zaczął głośno ryczeć w rytm pieśni wieńczącej kazanie. I może wszystko uszło by jeszcze uwadze prowadzącego mszę kapłana, gdyby nie fakt, że był on dopiero w połowie swojego wywodu.

Luk rozejrzał się po przerażonych twarzach innych uczniów, zerknął w kierunku mównicy, na czerwonego ze złości kapłana, po czym westchnął zrezygnowany, podniósł się z ławy i dołączył w śpiewie do swojego zdezorientowanego przyjaciela. I to by było na tyle jeśli chodzi o unikanie kłopotów- stwierdził w myślach.

– Dosyć! – duchowny imieniem Merit, wyglądał jakby miał chęć nabić obu młodzieńców na pal – Lukasie Vertline i Evarnie Peer, czyżbyście próbowali dać mi do zrozumienia, że powinienem zakończyć już mszę? Jego sokoli wzrok przerzucał się z jednego chłopca na drugiego.

– Ee… prze…przepraszam, to moja win… – pierwszy odezwał się Evarn, ale Luk nie pozwolił mu dokończyć.

– Nawet nam to nie przeszło przez myśl kapłanie – przerwał koledze – zapragnęliśmy jedynie oddać cześć bogini Izmer, o której zawsze opowiadasz z takim przejęciem – dokończył, mając nadzieje, że Matka Światła nie będzie mu miała za złe tego wykrętu.

Duchowny odchrząknął dwa razy, nieco połechtany, i już miał odpowiedzieć, gdy niespodziewanie potężny, ogłuszający grzmot wstrząsnął kaplicą. Zaraz potem rozległ się następny. Każdy spoglądał po sobie, nie wiedząc o co chodzi. Lukas przez jeden, głupi moment, pomyślał, że to tylko Evarnowi burczy w brzuchu, ale nawet podczas postu towarzysz nie dopuszczał się do takiego głodu.

Na zewnątrz słychać było niezwykłe poruszenie. Po kilku sekundach do kaplicy wbiegł jeden ze starszych adeptów.

-Wszyscy wyjść!- rozkazał krzycząc- biegnijcie schronić się w głównej świątyni.

Gdy kończył ostatnie zdanie w pomieszczeniu zawrzało. Spanikowani uczniowie chórem wybiegali z ławek by udać się we wskazane miejsce. Lukas i Evarn jako jedni z ostatnich opuścili kaplicę. Na dziedzińcu panował straszny ruch. Wszyscy zmierzali ku świątyni. Luk spojrzał w górę i aż otworzył usta ze zdumienia. Wysoko nad ich głowami połyskiwała w świetle dnia niemal przezroczysta kopuła osłaniająca wszystkie zabudowania. Swymi ramionami sięgała krańca murów, tworząc niezwykłą, magiczną osłonę. W jej powierzchnię raz po raz uderzały ogniste kule, rozlewając płomienie po krystalicznej powierzchni. Młodzieniec zafascynowany stał patrząc w górę. Jakimś cudem do jego uszu doszedł krzyk Evarna.

– Luk! Co ty robisz?! Pospiesz się! Chłopak był naprawdę zdenerwowany. Lukas szybko dołączył do przyjaciela i razem przekroczyli próg Głównej Świątyni. W środku zebrało się już sporo wiernych. Tak naprawdę przez te dwa lata, Lukas był tutaj może z dziesięć razy. Zawsze, kiedy miał miejsce ważny apel, zarówno młodsi jak i starsi uczniowie, zbierali się Świątyni Izmer, by wysłuchać słów Wyższego Kapłana. Był on prawie najwyższy rangą w obowiązującej tu hierarchii. Oczywiście pomijając samego szefa wszystkich szefów, czyli Arcykapłana. Młodzieniec rozejrzał się wkoło, powoli nabierając powietrza. Zawsze podziwiał to miejsce. Wyglądało tak majestatycznie i sprawiało wrażenie, jakby mury ułożone z kolorowego, pięknego kamienia, były niezniszczalne. Sklepienie obsypane licznymi malowidłami wydawało się być ruchome. Witrażowe okna przedstawiały przeróżne, zapewne wyniesione z legend sceny. Najbardziej jednak wzrok przyciągał sam ołtarz. Stał tam tylko jeden, złoty stół, na którym spoczywała najpewniej bardzo stara księga. A za nim, przymocowany wysoko do ściany, ulokowany tuż pod trzema strzelistymi oknami, rozpościerał się ogromny, mozolnie wyszyty, piękny gobelin. Przedstawiał on kobietę o złotych włosach i niezwykle błękitnych oczach. Mimo dojrzałego wieku, jej uroda przywodziła na myśl, skąpane w świetle księżyca wodne nimfy lub syreny wabiące swym śpiewem zagubionych żeglarzy. Nie to, żeby Luk osobiście kiedykolwiek widział takowe istoty, ale to porównanie wydawało się jak najbardziej pasować do niezwykłej postawy przedstawionej tu bogini. Jak łatwo było się domyślić, na gobelinie wyszyto postać samej Izmer – Matki Światła. Na jej głowie spoczywał diadem składający się z pięciu, kryształowych gwiazd. Każda z nich była innego koloru: niebieska, zielona, szara oraz czerwona. Ostatnia z nich, ale znajdująca się pośrodku, zdawała się być zwykła, przezroczysta ,jednak to ona najbardziej przyciągała spojrzenie swym krystalicznym blaskiem. Lukas nie mógł nadziwić się wyjątkowym zdolnościom osoby, która wykonała ów wizerunek. Przeniósł wzrok na ołtarz. Wyższy Kapłan korzystał w tej chwili z obitej skórą starej księgi. Jego słowa układały się w znaną wszystkim modlitwę. Luk wraz z przyjacielem zajął stojące miejsce przy jednej z pierwszych ław.

– Pokój z tobą bogini Izmer – Pani Światła. Otocz nas swoją opieką, osłaniaj nasze serca i prowadź ku światłości. Głos prowadzącego niemal przebrzmiewał nad zewnętrznym hałasem. Kapłan uparcie wydobywał słowa z otwartej księgi, a wszyscy potwierdzali je, wypowiadając ciągle to samo, początkowe zdanie. Niespodziewanie Luk poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się naprędce i zobaczył przed sobą mężczyznę ubranego w dziwne szaty. Tak naprawdę, patrząc po stroju sam nie był pewny czy to duchowny czy żołnierz. Dopiero, gdy u podstawy ramienia dostrzegł wyszyty, znany mu symbol, zorientował się, że człowiek ów należał do wąskiego grona tak zwanych Misjonarzy. Z tego co wiedział, szerzyli oni naukę Izmer poza granicami Świątyni, a dobór osób zajmujących się tą profesją był dziwacznie pokręcony.

-Lucasie Vertline – rzekł nieznajomy- chodź ze mną. Arcykapłan chciałby cię widzieć. Luk w sekundę zastanowił się czy wygląda tak samo głupio, jak się czuje. Z wrażenia jego szczęka opadła do kolan, a oczy przypominały dwie wyłupiaste kule. Nie znał tego gościa. Obejrzał się na Evarna, ale ten tylko wzruszył ramionami równie zdezorientowany jak on.

-K… kto robi co? – wydukał chłopak, zwracając się z powrotem do nieznajomego.

-Arcykapłan chciałby cię widzieć – ponownie usłyszał słowa, które teraz niemal zagłuszył rumor dziejący się na zewnątrz Świątyni – to pilne – głośniej, lecz nadal spokojnie podkreślił mężczyzna.

Zdezorientowany Lucas, odetchnął trzy razy, zebrał się do kupy i ruszył za kapłanem. Nim zrobił jednak trzy kroki, odwrócił się na pięcie i wrócił do Evarna.

– Ev, uważaj na siebie- podał przyjacielowi dłoń- Spotkamy się wieczorem, przy kwaterach, jak już pogadam ze staruszkiem i dowiem się czego chce. Mrugnął porozumiewawczo.

– Dobra – Evarn oddał uścisk – powodzenia i do zobaczenia wkrótce. Lukas skinął głową i pobiegł za oddalającym się Misjonarzem. Nie wiedząc czemu odniósł dziwnie niemiłe wrażenie, że widzi przyjaciela po raz ostatni.

Rozdział 1 „Niezwykły prezent”

-Mamo! – przerażony krzyk Akiry odbił się echem w ścianach jednego z domostw niewielkiej osady o nazwie Eldakar. Matka natychmiast znalazła się przy dziecku.

– Już dobrze, kochanie – delikatnie przemawiała do zapłakanej córki, tuląc ją w ramionach – to tylko zły sen.

-Tam było tak ciemno – łkając tłumaczyła się dziewczyna – wszędzie tylko śmierć i ogień. Chciałam biec, ale nie miałam dokąd uciekać. Jej śliczną twarz okalały kruczoczarne włosy, a w błękitnych oczach lśniły łzy. Widać było, że z trudem łapała oddech.

-Już w porządku – Serlena pocieszała dziecko. Ostatnio robiła to coraz częściej, a powodem zawsze były koszmary – nic ci nie grozi skarbie. To wszystko tylko ci się przyśniło – dodała łagodnie. Wygodniej ułożyła się na posłaniu córki i okryła ją kołdrą. Akira nadal przestraszona spojrzała na matkę.

-Czy… on po mnie przyjdzie? – spytała cicho.

– Kto? – kobieta zdawała się być szczerze zaskoczona.

-Mężczyzna ze snu.

Serlena uważnie przyjrzała się córce. Chyba bardziej nie mogła już się martwić. Westchnęła głośno.

-Posłuchaj, Aki – zaczęła, ujmując dłoń nastolatki – koszmary mają to do siebie, że są przerażające. Ale to jednak tylko sny, które nie posiadają żadnej władzy nad rzeczywistością. Zastanowiła się przez chwilę.

– Mam pomysł! – uśmiech rozświetlił przemęczoną twarz kobiety – pamiętasz twoją ulubioną piosenkę, którą śpiewałam ci niegdyś do snu? Dziewczyna skinęła głową. Gdy była mała uwielbiała tą kołysankę. Serlena mrugnęła porozumiewawczo do nastolatki.

– Może nie masz już pięciu lat – zaczęła – ale myślę, że moc takich pieśni jest ponadczasowa. Akira rozbawiona parsknęła śmiechem. Matka zawsze wiedziała, jak poprawić jej humor. Ostatnio ratowała ja niemal każdej nocy. Położyła głowę na miękkiej poduszce i zamknęła oczy słysząc piękną melodię nuconą przez kobietę.

Śpij, słodko śnij.

Niech Anioły ześlą błogi sen.

I usłysz w nim melodyjny, cichy śpiew.

Blask gwiazdki tej niech oświetli nocy mrok.

A ty już śpij, nim usłyszysz pierwszy świtu krok.

Czar dawnej kołysanki musiał zadziałać, gdyż dziewczyna po niedługiej chwili zapadła w spokojny sen.

***

-Aki! Gdzie jesteś? – głos Kalla odbijał się echem wśród grupy leśnych skał. Było to ulubione miejsce trójki nastolatków z osady Eldakar. Mała polanka otoczona głazami, po których pięły się zielone pnącza bujnej roślinności, stanowiła wspaniały plac schadzek. Z najwyższego skalnego urwiska spływał niewielki wodospad, który niżej zamieniał się w strumyk. Ten zaś przecinał środek polany, by potem zaginąć gdzieś pomiędzy drzewami lasu.

Niespełna dwunastoletnia Akira z coraz większym rozbawieniem patrzyła ze swej kryjówki na przyjaciela. Już miała wybuchnąć głośnym śmiechem, gdy nagle coś chwyciło ją za ramię. Wystraszona podskoczyła, odwracając się twarzą do napastnika.

-Eryk! – warknęła patrząc na brata. Znów popsuł jej zabawę.

– Czyżbym cię wystraszył boi dudku? – spytał, pokładając się ze śmiechu. Jakby faktycznie było z czego się śmiać.

-Nie jestem boi dudkiem – odpowiedziała, szczerze rozgniewana. Kall podszedł do nich i w niemym geście pokazywał Erykowi by ten nie kontynuował przekomarzań.

-Boi dudek, boi dudek! – chłopak nie dawał za wygraną – zawsze masz stracha, bekso. Broda nastolatki powoli zaczęła drgać.

-Nieprawda- krzyknęła ze łzami w oczach.

-Tak? – Eryk wziął się pod boki – To może opowiem ci jakoś ciekawą historię? Na przykład o smoku ludojadzie? Jego rozbawienie sięgało zenitu. Uwielbiał drażnić się z siostrą.

-Nie kłóćcie się – przerwał im szybko Kall, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. Nie zdążył jednak załagodzić sytuacji, bo w tym samym momencie Akira wybuchła płaczem i pobiegła w stronę osady, pozostawiając za sobą chłopców. Przez moment obaj patrzyli w osłupieniu, jak znika pomiędzy wysokimi krzewami, broniącymi wejścia na polanę.

-Znów ją wystraszyłeś – stwierdził ponuro Kall. Eryk wzruszył ramionami.

– Ona boi się wszystkiego – dodał nic sobie nie robiąc z komentarza przyjaciela – zaczynając od starych opowieści, a na małym robaku kończąc. Kall pokręcił z powątpiewaniem głową.

– Przesadzasz – oznajmił sucho – Dobrze wiesz, że ostatnio nie jest sobą. Poza tym niektóre z legend są naprawdę przerażające – uparcie przekonywał kolegę – a ty karmisz ją nimi odkąd skończyła pięć lat. Młodzieniec prychnął. Nachylił się i podniósł niewielki kamyk, wyrzucając go przed siebie daleko w las. Przez moment wahanie odbiło się na jego twarzy.

– To było dawno temu – odparł w końcu. Kall westchnął zrezygnowany. Koledze ciężko było przemówić do rozsądku. Gdy już się na coś uparł, walił prosto z mostu, nie patrząc na konsekwencje. W szczególności jeśli chodziło o jego siostrę.  

– Nie zmienia to faktu, że pewnie nadal dręczą ją koszmary – fuknął zdegustowany.

– Przestań bronić tę beksę! – Eryk spojrzał rozgniewany na przyjaciela. W tym samym momencie usłyszeli grzmot. Na niebie pojawiły się chmury zwiastujące deszcz.

– Dawno nie padało – korzystając z okazji Kall zmienił temat. Kłótnia to była ostatnia rzecz, na którą miał teraz ochotę – wracajmy, pewnie na nas czekają. Jego rozmówca przytaknął tylko skinieniem głowy i obaj ruszyli z powrotem do wioski.

***

Akira biegła ile sił w nogach. Deszcz, który złapał ją w drodze powrotnej do domu zmył ślady łez z jej policzków. Była wkurzona, że znów pozwoliła sprowokować się Erykowi. I jak zwykle wyszła na totalną beksę, a przecież nie należała do tego typu osób. Jednak ostatni koszmar wybił ją z równowagi. Poczuła dreszcz płynący wzdłuż kręgosłupa na wspomnienie mężczyzny, a raczej bestii, która nawiedzała ją w snach. Minęła kilka budynków od północnej strony wioski i ujrzała niewielką aczkolwiek zadbaną chatę z bocznym, bujnie okraszonym kwieciem ogródkiem. Dom – miejsce, które kochała najbardziej na świecie. Może nie był to pałac, o jakim marzyły nastolatki w jej wieku, ale Akira nigdy nie narzekała, na warunki w jakich przyszło jej żyć. Wręcz przeciwnie – była zadowolona, że daleko jej do zadufanej w sobie panienki z wielkiego miasta, która nie umiała zawiązać rzemyka przy bucie. Ona sama chwytała życie pełnymi garściami i nie uciekała od ciężkiej pracy. Rozmyślając, zdyszana wbiegła do kuchni.

– No, wreszcie – Serlena odwróciła się w stronę wchodzącej córki.

-Och! – przebiegła wzrokiem po przemoczonej do suchej nitki postaci – jak ty wyglądasz? Przebierz się, osusz włosy i chodź na obiad. Dziewczyna pobiegła wykonać polecenie. W drzwiach zderzyła się z ojcem.

-Ops – Daren pochwycił córkę i okręcił ją wkoło, wywołując salwy śmiechu u nastolatki – a gdzież to mój kwiatuszek się włóczył, że tak zmókł? – zapytał.

– Byliśmy z Erykiem i Kallem na naszej polanie – odpowiedziała, stając z powrotem na nogach. Tylko tacie pozwalała jeszcze nazywać się kwiatuszkiem.

-Zaprosiłaś już wszystkich na swoje jutrzejsze przyjęcie urodzinowe? – Daren mrugnął porozumiewawczo do córki.

– Tak, tato – uśmiech nie schodził z jej twarzy. Długo czekała na ten moment. Urodziny były jednym z nielicznych dni w roku kiedy to zamiast obowiązków i nauki mogła cały czas poświęcić na same przyjemności. Mieszkanie w osadzie pośrodku jednego z większych lasów nieopodal Wzgórz Królewskich nie należało do najłatwiejszych. Dojście do głównego traktu prowadzącego w kierunku małego miasteczka o nazwie Tern zajmowało prawie godzinę. Stamtąd dwie godziny marszu w dół zbocza i dopiero docierało się na miejsce. Akira wraz z matką bywały tam w zależności od potrzeb. Ostatnio dwa dni temu wróciły z całym naręczem pakunków w związku z nadchodzącymi urodzinami dziewczyny.

– Daren, Aki, obiad na stole – usłyszeli dochodzący z kuchni głos.

– Biegnij się przebrać – mężczyzna pospieszył córkę, wskazując kuchenne drzwi. Jego mina mówiła jasno: „nie zadzieraj z mamą”. Dziewczyna uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Co do tego – nie potrzebowała ostrzeżenia. Po chwili wszyscy troje usiedli do wspólnego posiłku. Dziś serwowano mięso indycze z dużym bukietem warzyw. Już sam zapach gorącej strawy zachęcał do skosztowania.

– A gdzie znowu podziewa się Eryk? – spytała Serlena, podnosząc do ust widelec. Nikt nie zdążył odpowiedzieć, bo w tym samym momencie w progu pojawił się przemoczony chłopak.

– O wilku mowa – Daren wymownie spojrzał na syna – Doprowadź się do porządku i chodź na obiad. Eryk rzucił Akirze rozbawione spojrzenie i pobiegł do swojego pokoju. Po chwili wrócił, a jego jasne, wilgotne włosy wyglądały jakby spotkał po drodze tornado. Sucha koszula pospiesznie narzucona na ramiona prawdopodobnie leżała od dłuższego czasu zmięta w kącie.

– Smacznego – Serlena podsunęła synowi talerz z jedzeniem, wzdychając przy tym teatralnie. On tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu i po chwili cała rodzina przy pogodnej rozmowie spożywała posiłek.

***

Nadszedł dzień urodzin. Akira kończyła dziś trzynaście lat. Cały dom wypełniony był gwarem, śmiechem nastolatków i rozmową dorosłych. Pyszne, okrągłe ciasto o smaku truskawek i jeżyn było jednocześnie urodzinowym tortem. Dziewczyna dostała prezenty od rodziny i przyjaciół. Ojciec podarował jej pięknie wykonany łuk, o którym zawsze marzyła, a matka starannie uszytą torbę z wieloma kieszeniami i o dziwo dodatkową przegródką przeznaczoną na strzały. Eryk natomiast wręczył siostrze ogromny bukiet polnych kwiatów, co ogromnie ją zdziwiło, a zarazem ucieszyło. Bardzo podobał jej się również podarunek Kalla. Na dnie małego zawiniątka spoczywała prześliczna, srebrna broszka w kształcie motyla. Jego skrzydła mieniły się kolorami i wzorami jakich mogłoby pozazdrościć żywe stworzenie. Akira przesuwała palcem po gładkiej powierzchni podziwiając zdobienia. Cieszyła się, że ma takiego przyjaciela jak Kall. Co prawda na początku nie znali się za dobrze, ponieważ chłopak spędzał więcej czasu z jej bratem, z racji wspólnego wieku oraz zainteresowań. Ona – po pierwsze dziewczyna, do tego sporo młodsza i po drugie – co ważniejsze, wiecznie sprzeczająca się ze swoim bratem. Dopiero kilka lat temu udało jej się złapać wspólny język z Erykiem i łaskawie doznać zaszczytu towarzyszenia im w wielu wspólnych wyprawach. Jeżeli włóczenie się po lesie, idiotyczne walki na pobliskim placu, służącym za boisko i wycieczki do Tern po niektóre produkty spożywcze czy lekarstwa można było nazwać prawdziwą wyprawą. Jednakże ten wspólnie spędzany czas wystarczył, by cała trójka stała się nierozłączna. Oczywiście Eryk nigdy by nie przyznał, że zależy mu na siostrze. Wieczne przekomarzania i żarty miały zapewne zatuszować fakt, że mimo wszystko ceni sobie jej towarzystwo. Kall natomiast stanowił zupełne przeciwieństwo jej brata, nie tylko z wyglądu, ale również zachowania. Zawsze opanowany i spokojny, starał się łagodzić sytuacje pomiędzy nią a Erykiem, a wszystkie jej dziecięce wybryki traktował z przymrużeniem oka. Wiedziała, że może na niego liczyć w każdej sytuacji, podobnie zresztą jak na brata.

Kall mieszkał w drugim końcu wioski wraz z matką i dwiema młodszymi siostrami. Jego ojciec zginął gdy syn miał zaledwie dziesięć lat i od tamtej pory chłopak przejął większość obowiązków dorosłego mężczyzny. Być może dlatego niejednokrotnie Eryk dał po sobie poznać, że przyjaciel stanowi dla niego autorytet. Wspólnie pomagali sobie przy wielu ciężkich pracach będąc w ten sposób powodem do dumy wśród członków obu rodzin. Mimo to Akira nie czuła się w najmniejszym stopniu odsunięta na drugi plan. Wręcz przeciwnie. Rodzice z zapałem wspierali ją w zdobywaniu nowych umiejętności, a trzeba było przyznać, że interesowała się wszystkim co wpadło jej w ręce. Czytanie, malowanie, strzelanie z łuku, jazda konna, pływanie, wspinanie się, a nawet rzucanie sztyletami do celu znajdowały się w kręgu zainteresowań młodziutkiej kobiety. Dzielnie dotrzymywała kroku obu chłopcom, a swoim sprytem i pomysłowością potrafiła im niejednokrotnie zaimponować. Jedyną jej słabością były… sny. Akira często miewała koszmary, które napawały ją obrzydzeniem i strachem. A w połączeniu z ulubionymi przez jej brata opowieściami o wojnach, okrutnych zbrodniach czy krwiożerczych bestiach sprawiały, że zazwyczaj wpadała w panikę i wybuchała płaczem. To jednak nie zmieniało faktu, że cała trójka dzieciaków była sobie bardzo bliska. Co prawda Akira miała też wiele koleżanek, ale zajęcia typowo damskie szybko jej się nudziły, więc większość czasu spędzała w towarzystwie Eryka i Kalla. Poza tym przyjaciółki bezustannie zachwycały się jej, jak to określały – „nieziemską” urodą – co drażniło ją dobitnie, bo sama nigdy nie zwracała uwagi na to jak wygląda. Patrząc na siebie w lustrze widziała zwykłą nastolatkę z długimi prawie do pasa, kruczo czarnymi włosami, które zwykle zaplatała w warkocz, nieco zadartym, niewielkim nosem, małymi ustami i jak na jej gust – zbyt dużymi i zbyt niebieskimi – oczami. Rozmyślając przypinała właśnie broszkę do nowej torby, gdy ktoś zapukał do drzwi. W progu pojawili się rodzice.

– Aki, mamy dla ciebie coś jeszcze – rzekł ojciec sadowiąc się obok córki. Serlena usiadła z drugiej strony posłania, pokazując dziewczynie starą kopertę i niewielkie pudełeczko.

– To prezent od twojego dziadka – oznajmiła – prosił byś dostała go w swoje trzynaste urodziny, więc oboje z tatą chcemy ci go przekazać. Dzisiejszy dzień opiewał w tyle niespodzianek, że zapewne jeszcze jedna nie zaszkodzi – dokończyła mrugając do córki. Solenizantka spojrzała na podarunki, które trzymała jej mama. Była szczerze zaskoczona nowym prezentem.

– Nie pytaj – jakby odgadując jej myśli, zaczął mówić Daren- nie wiemy, co jest w środku. Dziewczyna uśmiechnęła się zaciekawiona, przyjmując upominek wraz z kopertą.

– No, moja panno – mężczyzna czule ucałował córkę – myślę, że jutro na spokojnie obejrzysz zawartość, a teraz pora już spać. Serlena przytuliła dziewczynę i oboje wstali do wyjścia.

– Mamo, tato – głos Akiry zatrzymał ich w progu – chciałam podziękować wam za cały dzisiejszy dzień. To były wspaniałe urodziny – patrzyła radośnie na rodziców – bardzo was kocham. Oboje jak zawsze odpowiedzieli uśmiechem, zaglądając sobie w oczy. Ich miłość była widoczna na każdym kroku. Nastolatka po raz kolejny stwierdziła, że ma najwspanialszych rodziców na świecie.

– My ciebie też, skarbie – odparła wzruszona Serlena i wraz z mężem opuściła pokój córki.

Akira spojrzała na niewielkie pudełko trzymane w dłoniach, do którego załączona była wyblakła już koperta. Nie pamiętała dziadka, toteż nie wiedziała czego może się spodziewać po otrzymanym prezencie. Jednakże z niewiadomych powodów odniosła dziwne wrażenie, że zawartość tego podarunku na zawsze odmieni jej życie. Nie wiedziała tylko czy na lepsze czy gorsze. Może właśnie dlatego odłożyła zawiniątko na szafkę przy łóżku decydując, że zmierzy się z nim jutro. Zgasiła knot lampy i wygodnie ułożyła się na posłaniu, czekając aż nadejdzie sen.

Rozdział 2 „Strata”

Obudziła się w środku nocy. Od razu wyczuła, że coś było nie w porządku. Rozejrzała się po pokoju. Nagle ciszę przerwał potężny huk. Do środka wbiegł jej tata. W oczach mężczyzny błyszczał strach.

– Aki! Ubierz się i spakuj najpotrzebniejsze rzeczy – rzekł pospiesznie – musimy uciekać. Dziewczyna zdezorientowana spojrzała na ojca, ale nie czekając na wyjaśnienia, zerwała się z łóżka.

– Szybko – rzucił i wybiegł z pomieszczenia. Chwilę potem ubrana, z torbą na plecach i łukiem w ręku już chciała opuścić pokój, gdy nagle o czymś sobie przypomniała. Podeszła do szafki przy łóżku i zabrała jeszcze nie rozpakowany prezent od dziadka wraz z kopertą. Przeczucie podpowiadało jej, że nie może o nim zapomnieć. Kiedy chowała go do plecaka rozległ się krzyk jej matki, a tuż za nim jeszcze bardziej przeraźliwy wrzask ojca. Wystraszona szykowała się właśnie, by pobiec do rodziców, gdy nagle zamarła w miejscu. Jakiś cień przesunął się za progiem. Zanim drzwi do pokoju stanęły otworem, instynktownie schowała się pod łóżko. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Akira przyglądała się jak jego buty powoli zbliżają się do posłania. Poczuła dreszcz biegnący po jej ciele. Wstrzymała oddech.

– Tu pusto – odezwał się chropowaty, nieprzyjemny głos. Nieznajomy wycofał się powoli, opuszczając jej sypialnię. Zastanawiając się, czy nie stoi za progiem, dopiero po dobrych paru sekundach wypuściła wstrzymywane w płucach powietrze. Niespodziewanie ktoś ponownie wbiegł do pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi.

– Aki! Jesteś tu? – usłyszała cichy szept Eryka. Czym prędzej wydostała się z pod łóżka i rzuciła w ramiona brata. Tak bardzo chciała wiedzieć co się dzieje.

– W porządku – pocieszał siostrę przytulając do siebie. Sekundę po tym, odsunął ją zaglądając dziewczynie w oczy – posłuchaj Aki. Nie mamy wiele czasu. Musimy jak najszybciej wydostać się z wioski. Tu nie jest bezpiecznie. Jakby na potwierdzenie jego słów na zewnątrz rozległ się kolejny wybuch. W oknie dziewczyna dostrzegła jasną łunę. To nie mogło wróżyć nic dobrego – stwierdziła w duchu. Na pewno nie w środku nocy.

– A rodzice? – spytała zdezorientowana, chcąc jak najszybciej sprawdzić, co się z nimi dzieje. Na twarzy Eryka pojawił się wyraz udręki i bólu. Nastolatka poczuła, jak zbiera jej się na mdłości. Chyba jednak nie chciała znać odpowiedzi.

– Rodzice… odeszli. Słowa, wypowiedziane przez brata, zaczęły boleśnie wgryzać się w myśli dziewczyny, która usilnie próbowała zaprzeczyć ich znaczeniu. Odeszli? W jakim sensie? Uciekli? W tym momencie, miała nadzieję, że właśnie o to chodziło Erykowi.

-Oni…nie żyją, Aki – jego zduszony głos, świadczył o tym, jak ciężko było mu wypowiedzieć te słowa – Ale my musimy… – nie dokończył, bo przez okno wpadła strzała z podpalonym grotem, roztrzaskując szkło na wszystkie strony. Pokój od razu wypełnił się dymem.

– Uciekamy! – Eryk złapał siostrę za rękę. W ostatniej chwili schwytała łuk i oboje skierowali się do jego pokoju. Biegnąc czuła, jak ból ściska jej żołądek, a serce uderza nierównym rytmem. Rodzice nie żyją – ta myśl ciążyła jej jak żadna przedtem. Jeszcze wczoraj, śmiali się radośnie, bawiąc gości na urodzinowym przyjęciu. A teraz miała ich już nie zobaczyć? Wbiegli do sypialni Eryka. Chłopak otworzył okno i rozejrzał się wkoło. Ponieważ chata stała na skraju wioski, kilkadziesiąt metrów przed nimi widniały gęste zarośla prowadzące w głąb lasu.

– Wyjdziemy tędy – rzucił i podskakując szybko wydostał się na zewnątrz. Stanął po drugiej stronie framugi i wyciągnął ręce w kierunku siostry. Aki podała bratu łuk, po czym z jego pomocą wydostała się z domu. W powietrzu unosił się dym i smród palonych chałup oraz ciał. Rozbiegani ludzie wrzeszczeli w niebogłosy, nawet nie próbując ratować swojego dobytku. Kątem oka dostrzegła, jak potężny jeździec na czarnym koniu, wymachuje długim mieczem, raniąc tych, którzy nieopatrznie stanęli mu na drodze. Dziewczyna przerażonymi oczyma wpatrywała się w okrutny obraz. Eryk objął siostrę, zasłaniając widok i kierując oboje w stronę pobliskiego lasu. Nagle ktoś zaszedł ich od tyłu. Chłopak już miał zadać cios, gdy spostrzegł, że przed nimi stoi Kall. Cały umorusany i podrapany wyglądał jakby stoczył walkę z żywiołem. Jedynie jego szare oczy o przenikliwym spojrzeniu wciąż wskazywały, że to ten sam chłopak. Akira cisnęła się w ramiona przyjaciela.

– Już dobrze, maleńka – na moment, przytulił ją do siebie. Jego ramiona zawsze wydawały się takie bezpieczne. Jakby miały moc odganiania wszelkich koszmarów. Eryk zniecierpliwiony rozglądał się wkoło. Dym szczypał w oczy, a błagalne wrzaski pozostałych przy życiu mieszkańców wioski napawały strachem.

– Musimy uciekać – zwrócił się do pozostałej dwójki. Kall skinął głową.

– Możemy schować się w jaskini na naszej polanie – poddał pomysł. Wystarczyło jedno spojrzenie i cała trójka biegiem udała się w wyznaczonym kierunku.

– Przeczekamy tam dopóki nie zrobi się bezpie… – zaczął Eryk. Nie dokończył jednak zdania, gdyż w tym samym momencie nad ich głowami przeleciało kilka strzał. Jedna z nich trafiła chłopaka w prawy bark. Zatoczył się niezgrabnie i upadł na ziemię. Kall natychmiast znalazł się przy przyjacielu chwytając go za ramiona. Przerażona Akira klęknęła z drugiej strony.

– Bracie! – krzyknęła spanikowana. Wzięła w ręce jego dłoń. Kall próbował ocenić jak głęboka jest rana, ale wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zauważyć, że grot przeszedł na wylot, rozszarpując skórę i mięśnie. Krew powoli zabarwiała materiał kamizeli.

-Cii…- Eryk mocniej ścisnął dłoń siostry – nic mi nie będzie. Musicie uciekać. Zakasłał. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Chyba oszalał.        

– Nie ma mowy – odparła szybko – nie zostawimy cię.

-Posłuchaj – chłopak mówił powoli, co rusz łapiąc oddech – nigdy nie wątpiłem, że jesteś odważna. Nie pozwól bym teraz zmienił zdanie. Musisz jak najszybciej dotrzeć do naszej kryjówki i za żadne skarby, nie wolno ci stamtąd wyściubić nosa – Jęknął z bólu- rozumiesz?

– Sama nigdzie nie idę. Kall spojrzał na przyjaciółkę.

– Aki, biegnij w stronę polany, ja pomogę Erykowi – rzucił stanowczo. Podmuch wiatru przyniósł ze sobą gorąc bijący od palących się domostw. Śmierdzące opary drażniły gardło i szczypały w oczy.

– Kall ma rację. Schowaj się i obiecaj, że nigdzie się stamtąd nie ruszysz, póki nie zrobi się bezpiecznie – dodał szybko Eryk. Pot rzeźbił sobie ścieżki po jego twarzy. Oczy nastolatki zaszły łzami.

– Nie zostawię was – wykrzyczała. Silny wybuch ponownie wstrząsnął ziemią. Dziewczyna spanikowana obejrzała się przez ramię. Ich dom stał w płomieniach, które powoli trawiły jego walące się już ściany. Po ukochanym ogrodzie jej matki pozostały tylko zgliszcza. Miejsce, w którym wychowywała się tyle lat, gdzie przeżyła wiele wspaniałych chwil, w jednej sekundzie przemieniło się w pożeraną przez ogień ruinę.

– Aki! – trzaski łamiących się konstrukcji, zagłuszały zniecierpliwiony głos Kalla – błagam uciekaj, zaraz do ciebie dotrzemy! Niepewnie spojrzała na brata, czując jak ściska jej się serce.

– Obiecaj – powtórzył Eryk bezgłośnie, patrząc siostrze w oczy. Po policzku Akiry spłynęła pojedyncza łza. Jeszcze raz mocniej ścisnęła jego dłoń.

– Obiecuję – wydusiła wreszcie, choć to słowo paliło ją jak rozżarzone żelazo.

– Będę na was czekać – schwyciła leżący na ziemi łuk, zerknęła znacząco na Kalla i pędem rzuciła się w stronę niedalekich drzew. Widział jak dziewczyna znika w otchłaniach dymu.

– Opiekuj się nią – usłyszał głos Eryka. Wrócił spojrzeniem do rannego przyjaciela.

– Wydostanę cię stąd – stwierdził stanowczo, delikatnie podnosząc go z ziemi. Eryk zdrową ręką oparł się na koledze, głośno pojękując. Widać było, że każdy ruch sprawia mu ogromny ból. Krok za krokiem, przybliżali się jednak do ściany lasu, w kierunku której pobiegła Akira.

– Kall – Eryk sapał przyjacielowi do ucha – oboje wiemy, że to na nic. Rana jest zbyt głęboka. Nawet jeśli dotrzemy na polanę, nie mamy nic co pomogłoby zatamować krwawienie. Ten jednak wydawał się być głuchy na słowa rannego chłopaka. Wciąż nie dawał za wygraną, ciągnąc ze sobą młodzieńca. Płomienie zewsząd strzelały w górę, buchając gorącem, a wiatr szarpał porozrzucane części palących się zagajników i – jakby na złość – podsuwał pod nogi obu chłopcom. Eryk potknął się o wystający z ziemi kawałek zwęglonego ogrodzenia, ale przyjaciel trzymał go mocno, nie pozwalając mu upaść. Z zaciśniętą szczęką uparcie kierował ich w stronę zarośli, gdzie w głębi poszycia ukryta była ścieżka prowadząca na upragnioną polanę. Starał się nie zauważać jak jego przyjaciel powoli słabnie coraz rzadziej przeplatając nogami. Złapał go mocniej pod zdrowe ramie, ale Eryk jęcząc zaczął osuwać się na ziemię.

– Kall, nie dam rady – sapał zdyszany – musisz uciekać.

– Nie ma mowy – nastolatek próbował pomóc mu wstać – wydostanę cię stąd. Jednak Eryk nie miał zamiaru dalej się ruszać. Oparł głowę o leżący obok wielki głaz i przymknął oczy. Kall rozejrzał się wkoło. Wszędzie tylko płomienie, dym i walący się gruz. Nigdzie nie widział napastników, którzy rozpętali to piekło. Odwrócił się do tyłu. Byli już tylko kilkanaście metrów od niewielkiej kępy dzikich jeżyn, za którą rosły coraz wyższe krzewy i zaczynał się las. Schylił się by wziąć na ręce przyjaciela, ale tamten odsunął go kręcąc głową.

– Opiekuj się nią – wydyszał słabo, podając koledze dłoń.

– Razem to zrobimy- rzekł stanowczo Kall. Tak bardzo chciał dodać koledze otuchy – tylko wytrzymaj jeszcze chwilę. Niestety Eryk był już na wpół przytomny. Resztkami świadomości, spojrzał w oczy przyjaciela i uśmiechnął się na pożegnanie.

– Nie – rozpaczliwie krzyknął Kall, delikatnie potrząsając ciałem rannego chłopca. To nie mogło tak się skończyć. Ich trójka musiała przetrwać.

– Opiekuj się moją siostrą, przyjacielu – powiedział cicho Eryk i odszedł do krainy wiecznego snu.

***

Akira szybko przedzierała się przez gęste zarośla. Gałęzie szarpały jej włosy i kaleczyły ramiona, ale nie baczyła na nic prąc do przodu, by jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Nieopatrznie potknęła się o wystający korzeń i upadła na pokrytą mchem ziemię. Usłyszała za sobą tętent kopyt. Jeźdźcy byli już blisko. Musieli zauważyć jak przemykała przez zagajnik kierując się w głąb lasu. Zbierając ostatki sił, wstała i ruszyła dalej. Na moment przeszło jej przez myśl, by próbować jakoś zmylić napastników i pokierować inną drogą, ale na to nie było już czasu. Wreszcie jej oczom ukazał się rząd potężnych, wysokich na kilkanaście metrów świerków, za którymi znajdowało się zejście do niewielkiej doliny, gdzie ukryta była polana. Pokonując ostatnie metry, przebiła się przez iglaste przeszkody i delikatnym urwiskiem, przyklękając, zsunęła się w dół. Dwie wysokie turnie otaczały polanę swym skalistym murem, a przy przeciwległym wodospadzie wyryta była niewielka jaskinia, której wejścia broniły gęste, dzikie zarośla. O tej skrytce wiedzieli tylko ona, Kall i Eryk. Pozostałe dzieciaki z wioski nigdy nie zapuszczały się w te rejony lasu, a dorośli polowali w bogatych w zwierzynę, wschodnich częściach boru. Dziewczyna szybko zaszyła się w ukryciu, starannie osłaniając wejście do groty. Wiedziała, że jeśli jakimś cudem ją tu znajdą, nie będzie miała możliwości ucieczki. Z jaskini było tylko jedno wyjście. Czekała nasłuchując czy nikt nie nadjeżdża, a przedłużająca się cisza napawała ją zarówno lękiem jak i nadzieją. Minęło dobrych kilkanaście minut nim odważyła się odrobinę uchylić leśną zasłonę, by zerknąć czy na dobre zgubiła swój pościg. Niestety po chwili na polanę wjechało trzech uzbrojonych jeźdźców. Dwóch z nich odzianych w drewniane kolczugi zsiadło z koni, rozglądając się dookoła. Ciemności rozświetlały im trzymane w dłoni pochodnie.

– Szukać! – wydał rozkaz trzeci. Wyglądał najgroźniej z całej bandy. Oprócz zbroi miał na sobie czarny, długi płaszcz z kapturem, który skutecznie ukrywał rysy jego twarzy. Przerażona Akira wstrzymała oddech kiedy podjechał bliżej zarośli i odwrócił głowę w stronę wejścia do groty. Przez moment pomyślała, że jego zasłonięte kapturem oczy dostrzegły jej drobną postać, przylepioną do ściany jaskini. Jeszcze tylko krok dzielił ją od zguby. Poczuła jak strach łapie ją za gardło, więc przełknęła cicho ślinę i zamknęła oczy. W tym momencie w oddali rozległ się głos jednego z pozostałych jeźdźców.

– Panie, polana jest czysta – zakomunikował. Jej prześladowca odwrócił się w stronę towarzyszy.

– Na konie – rozkazał ochryple, wymachując przy tym ręką, w której trzymał pochodnię – wracamy do wioski szukać niedobitków. Jeszcze raz obejrzał się wkoło i ruszył przodem w stronę ścieżki prowadzącej z powrotem do lasu.  

Akira przez długi czas siedziała w ciszy wpatrując się przez odchylone liście na opuszczoną polanę. Próbowała dojrzeć jak z ciemności wyłania się Kall wraz z Erykiem. Odniosła wrażenie, że głośne bicie jej serca zagłusza nawet szum płynącego wodospadu. Modliła się w duchu, by powracający do wioski napastnicy, nie spotkali po drodze obu chłopców. Czas mijał, a na horyzoncie nie pojawiała się żadna bliska jej osoba. Pełna złych przeczuć, chciała pobiec w stronę osady, ale bała się, że w ciemności mogłaby przeoczyć ukrywających się gdzieś w lesie młodzieńców. A gdyby dotarli tu wreszcie i zauważyli, że jej nie ma, zapewne udali by się bezzwłocznie na poszukiwania nie bacząc na stan rannego Eryka. Poza tym była jeszcze obietnica, jaką złożyła bratu. A on doskonale zdawał sobie sprawę, że traktuje takie rzeczy bardzo poważnie. Kwadranse mijały, a nastolatka bijąc się z myślami wypatrywała chłopców. W końcu zmartwiona i przerażona zasnęła tuż przed świtem.

Obudziła się gdy słońce zaglądało do groty przez zielone porośla. W pierwszym momencie nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale za sekundę wszystko do niej dotarło. Krew zastygła w jej żyłach. Skoczyła na równe nogi i wybiegła z pustej jaskini, mając nadzieję, że młodzieńcy odpoczywają gdzieś na zewnątrz. Gdy zawiedziona nie spotkała tam nikogo, postanowiła jak najszybciej wrócić do wioski. Z jaskini wzięła łuk, który był teraz jej jedyną bronią, zarzuciła na plecy uszytą przez matkę torbę i ruszyła wyznaczoną sobie ścieżką. Kroczyła ostrożnie wśród leśnych połaci, a im bliżej była celu tym mniej zwyczajnych odgłosów przyrody słyszała wokół. Nawet ptaki nie śpiewały swych codziennych, dziewiczych pieśni. Wciąż jednak miała nadzieję, że gdy dotrze do wioski spotka bliskie jej osoby, a wydarzenia poprzedniej nocy okażą się tylko kolejnym, koszmarnym snem. Niestety po dotarciu na miejsce, jedyne co ujrzała, to zgliszcza pozostałe po ukochanym Eldakar, niemal zwęglone ciała większości mieszkańców oraz… zwłoki jej drogiego brata. Zaś jedynym odgłosem unoszącym się w tej chwili nad zrujnowaną osadą był chwytający za serce płacz osamotnionej dziewczyny.  

***

Kall obudził się spocony. Bolały go wszystkie mięśnie, a głowa pulsowała żywym ogniem. Dotknął czoła i poczuł, że ma na sobie bandaż. Zdezorientowany rozejrzał się wkoło. Niewielkie pomieszczenie mieściło w sobie łóżko, przy którym stało obite materiałem ciemne krzesło, starą komodę i mały, drewniany stolik. Leżała na nim misa wypełniona wodą oraz skrawki pokrwawionych szmat. Próbował przypomnieć sobie co się stało i w jaki sposób znalazł się właśnie tutaj. Pamiętał jedynie, jak trzymał w ramionach zmarłego przyjaciela oraz to dziwne uczucie, gdy za jego plecami rozległ się złowieszczy śmiech. Nie zdążył jednak odwrócić głowy i spojrzeć w twarz napastnikowi, bo w tym samym momencie dostał czymś twardym w skroń. Potem była już tylko ciemność. Z zamyślenia wyrwał go odgłos czyiś kroków. Do pokoju wszedł wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Wyglądał na około trzydzieści pięć lat. Długie, jasne włosy spięte były w kucyk. Ubrany w luźną, szarą koszulę i brązowe, starte spodnie przysiadł na krześle stojącym przy łóżku.

– Obudziłeś się – rzekł przyjaźnie – a już zaczynałem się martwić. Kall lekko skinął głową, nie wiedząc co odpowiedzieć. Jegomość wyglądał na kogoś, kto nie miał złych zamiarów, ale po ostatnich wydarzeniach, nie zaszkodziło mieć się na baczności. Niespodziewanie podchwycił pewną myśl i próbując zerwać się z łóżka, opadł na nie z powrotem z grymasem bólu na twarzy.

– Aki – wyszeptał cicho i stracił przytomność. Gdy ocknął się po raz drugi mężczyzna opatrywał jego ranę na głowie. Potężne dłonie sprawnie uwijały się z zakrwawionym bandażem.

– Nieźle oberwałeś – stwierdził sucho. Chłopak próbował podnieść się na łokciach, by pokazać, że nie jest całkiem bezradny.

– Nie ruszaj się póki nie skończę – jegomość jeszcze przez chwilę poprawiał opatrunek, po czym wziął ze stolika niewielką agrafkę i spiął dwie strony bandaża.

– Na jakiś czas powinno wystarczyć – zaznaczył, wycierając dłonie o jedną ze szmat. Wyszedł na moment z pomieszczenia, by za chwilę wrócić ze szklanką pełną wody. Podał ją rannemu chłopcu. Kall z wdzięcznością przyjął napitek. Gardło paliło go żywym ogniem.

– G… gdzie ja jestem? – przerywanym głosem spytał, gdy już ugasił pragnienie.

– W moim domu – mężczyzna odstawił szklankę na stolik – znalazłem cię nieprzytomnego pośrodku zrujnowanej osady, cztery dni temu.

– Cztery dni – chłopak poczuł jak jego serce zamiera – muszę jak najszybciej wrócić do Eldakar. Spojrzał na nieznajomego, mając nadzieje, że ten bez problemu pozwoli mu odejść. Choć nie do końca wiedział jak miał by to zrobić, ponieważ nogi zdawały się nie słuchać rozkazów. Jednak w tym momencie liczyło się tylko odnalezienie Akiry. Wierzył, że przyjaciółce udało się zbiec. Jękną, poprawiając się na łóżku.

Mężczyzna wstał i ze splecionymi z tyłu dłońmi zaczął przechadzać się po pokoju. Po chwili przystanął i ciekawie przyglądał się rannemu chłopcu. Kall odniósł wrażenie, jakby wiedział o nim więcej niż on sam. Ale przecież nie spotkali się nigdy wcześniej.

– Rozumiem twoje zniecierpliwienie – rzekł nagle tamten – mogę cię jednak zapewnić, że w wiosce i jej okolicy nie znajdziesz nikogo żywego. Przez twarz obcego człowieka przemknął faktyczny smutek. Wyglądał jakby i jego dotknęła cała ta tragedia. Zaraz jednak uczucia znikły, a mężczyzna znów przemówił pewnym siebie głosem.

– Posłuchaj – zaczął ostrożnie– wiem, że w tej całej masakrze, jaka nawiedziła Eldakar, musiałeś stracić wielu bliskich. Ale nawet jeśli liczysz, że ktoś przeżył, to z pewnością dla własnego dobra już dawno opuścił okolice osady. Tam nadal nie jest bezpiecznie. Kall poczuł, że ogarnia go czarna rozpacz. To musiał być jakiś chory żart. Jego matka i siostry, Daren, Serlena i Eryk oraz najbardziej niewinna i dobra istota jaką znał – Akira – oni wszyscy zginęli w przeciągu jednej nocy, zostawiając go samego? Jeśli tak by się stało, wszystkie jego cele, dążenia i marzenia odeszłyby razem z nimi. Strapiony zamknął oczy. Czy naprawdę jego przyjaciółka nie dotarła do kryjówki? W myślach wrócił do wydarzeń sprzed kilku dni.

Pamiętał jak po urodzinach Akiry, jeszcze tego samego wieczoru, matka poprosiła go by zaniósł do Thern lecznicze zioła, wspomagające gojenie. Córka jej przyjaciółki właśnie urodziła syna, a ponieważ poród był ciężki, kobieta potrzebowała czegoś na zabliźnianie się ran. Kall dostarczył lekarstwo najszybciej jak się dało. Gdy opuszczał dom, pełnych wdzięczności kobiet, na dworze panował już przeciągły mrok. Chłopak nigdy nie bał się ciemności, dlatego spokojnym spacerem pokonywał trasę powrotną. Wiedział, że ma przed sobą dobre dwie godziny drogi. Ciesząc się z chwili samotności wspominał radość jaką sprawił przyjaciółce jego urodzinowy podarunek. Długo czekał aż jeden z przyjezdnych kupców dostarczy mu do Thern obiecaną broszkę. Gdy tak rozmyślał do jego nozdrzy dotarł dziwny zapach. Wciągnął powietrze i rozejrzał się wkoło. Do Eldakar miał jeszcze dobrych kilka kilometrów, jednakże wydawało mu się, że niebo w tamtym kierunku pokrywa jaśniejsza łuna. Pełen złych przeczuć przyspieszył kroku. Z każdą minutą las robił się coraz bardziej mglisty, ale młodzieniec wiedział już co się święci. Powietrze powoli przesiąkało dymem. Puścił się biegiem w kierunku wioski. Gdy dotarł na skraj lasu jego oczom ukazał się obraz jak z koszmaru. Domy, przybudówki i liczne zadbane wcześniej małe ogródki – wszystko stało w płomieniach. Ci, którym udało się wydostać z budynków płakali lub przerażeni wrzeszczeli w niebogłosy. Rzucił się w kierunku własnego domu. Niestety, gdy minął szereg walących się zabudowań zauważył, że z miejsca, w którym wychowywał się od urodzenia pozostały niemalże zgliszcza. Zrozpaczony wykrzykiwał imiona swoich bliskich, podobnie jak wiele osób, które szaleńczo biegały po wiosce. Niespodziewanie jego uszu doszedł krzyk. Znał ten głos. Risa – jego mała, siedmioletnia siostra, stała teraz pośrodku całego pobojowiska, a przed nią jeździec na karym koniu zamachnął się, uderzając dziecko w brzuch. Kall w mgnieniu oka przebiegł dzielącą ich odległość i z dzikim rykiem rzucił się w kierunku napastnika, ściągając go z konia. Jego zaciśnięte pięści uderzały przeciwnika dopóki tamten nie stracił przytomności. Chłopak podbiegł do leżącej nieopodal drobnej postaci.

– Ris, dziecinko otwórz oczy – błagał trzymając siostrę w ramionach. Mała zamrugała i na moment uniosła powieki.

– Kall – wysapała z wielkim trudem – mama i Lori… nie żyją. Nabrała powietrza jakby mówienie wymagało od niej zbyt dużego wysiłku.

– Cicho, kwiatuszku – pocieszał dziecko osłaniając od strzelających płomieni jednego z ogrodzeń – wszystko będzie dobrze. Zaraz cię stąd zabiorę. Jednak dziewczynka nie słyszała już słów brata. Jej zamknięte oczy i nieruchoma klatka piersiowa świadczyły o tym, że odeszła już z tego świata. Kall poczuł, jak szczypią go oczy.

-Proszę nie – szeptał błagalnym tonem. Uniósł wyżej bezwładną postać swojej siostrzyczki i przytulił do piersi. Jego silnym ciałem wstrząsnął szloch. Przez moment trwał tak pośrodku piekła i pozwolił płynąć łzom. Nie wiedział, ile czasu minęło nim podniósł głowę. A wtedy kilkadziesiąt metrów dalej przy północnym skraju wioski dostrzegł jak kolejny ze zbrodniarzy, którzy napadli na Eldakar wrzuca płonący knot do jednej z ocalałych jeszcze chat. Wczorajszego popołudnia spędził tam wiele miłych chwil na przyjęciu urodzinowym Akiry. Ostatni raz ucałował blady policzek siostry, po czym ułożył nieruchome ciało dziecka na ziemi, z myślą, że wkrótce wróci je pochować. Zacisnął szczęki, po czym szybko wstał i ruszył w kierunku domu Eryka.

Młodzieniec ocknął się z zamyślenia na dźwięk usłyszanych słów.

– … tak?- dotarł do niego tylko koniec pytania. Jego wybawca uśmiechnął się smutno, ale ze zrozumieniem.

– Masz na imię Kall, prawda? – ponownie się odezwał. Chłopak zdezorientowany przytaknął tylko głową.

– Znałem twojego ojca… dawno temu – nieznajomy spuścił wzrok jakby wracał myślami do wspomnień. Po chwili odezwał się znowu.

– Chciałbym zaproponować ci swoją pomoc. Jeśli oczywiście ją przyjmiesz. Nastała chwila ciszy, przerywana jedynie zgrzytaniem gałęzi, ocierających się o szybę w niewielkim oknie.

– Dlaczego? – to było pierwsze pytanie jakie przyszło Kallowi na myśl. Obcy spojrzał na chłopca, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk.

– Powiedzmy, że jestem winny twojemu ojcu przysługę – nie spuszczał wzroku z młodzieńca – masz prawo czuć się zagubiony i nie oczekuję, że od razu mi zaufasz. Jednakże myślę, że z czasem wiele rzeczy stanie się dla ciebie bardziej zrozumiałych. Westchnął powoli. Jego spojrzenie było szczere.

– To jak będzie? Zgadzasz się na moje towarzystwo? – zapytał ponownie. Kall siedział przez chwilę zapatrzony w swoje dłonie. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę został sam. To wszystko jeszcze do niego nie docierało. I jeszcze ten obcy człowiek, który go ocalił. Nie miał pojęcia czego od niego chce, ale podświadomie czuł, że może mu ufać. Poza tym nie miał już nic do stracenia.

– Chyba nie mam wyboru – odpowiedział bez entuzjazmu – w tej chwili i tak nie mam, co ze sobą zrobić – przełknął ślinę, zerkając w kierunku swojego wybawcy – Poza tym uratował mi pan życie. Jestem wdzięczny – dodał zrezygnowany. Wciąż miał nadzieję, że zaraz obudzi się z tego okrutnego snu i zajmie swoimi codziennymi obowiązkami, pozwalającymi godnie utrzymać rodzinę. Rodzinę, której już nie miał.

– Mam na imię Xargoth – mężczyzna wyciągnął w jego kierunku dłoń, ale Kall skinął tylko głową i opadł na posłanie. Pustymi oczami utkwił wzrok w przeciwległej ścianie. Nieznajomy wstał i cicho podszedł do drzwi.

– Tam w wiosce – usłyszał łamiący się głos młodzieńca, gdy jego ręka spoczywała na klamce – chciałbym kogoś pochować. Odwrócił się niespiesznie.

– Ciała twojej matki i Lori, spłonęły w pożarze – oznajmił z przykrością – a jeśli chodzi o Risę i twojego przyjaciela – już się tym zająłem. Kall nawet się nie obejrzał. Nie interesowało go skąd mężczyzna znał jego bliskich. I tak ich stracił. Nie zdążył na czas. Zawiódł ich. I jeszcze coś. Ciarki przeszły mu po plecach. Akira. Musieli dorwać ją gdy uciekała na polanę. Poczuł, że zbiera mu się na mdłości. Naprawdę chciał tam wrócić. Chciał znaleźć jej ciało i oddać należyty szacunek. Jednak… nie wiedział, czy potrafi. Bo gdyby stanął nad jej zwłokami i zobaczył, że ta pełna życia, miłości i czystej ludzkiej bezinteresowności dziewczyna już nigdy się do niego nie uśmiechnie, nie odpowie na żart i nie będzie szukać pocieszenia z powodu wybryków jej brata to wtedy, jego serce, pękło by na pół. Nie. Ono już było pęknięte. Po prostu rozsypało by się na setki, niemożliwych do poskładania kawałków.

Nawet nie zauważył, że mężczyzna wciąż stoi w progu. Dopiero, gdy zrozumiał sens wypowiedzianych przez niego słów, zerwał się z posłania jakby raził go piorun.

– Zanim pochowałem ciało Risy i Eryka, na ich zwłokach znalazłem piękne białe kwiaty. Lilie – oznajmił – jakiś dobry człowiek musiał je tam zostawić. Przebierając bezwiednie nogami, chłopak podszedł do nieznajomego, łapiąc go za ramię.

– Kiedy?! – Nawet nie zwracał uwagi, że kręci mu się w głowie – Kiedy ostatnio był pan w wiosce? Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony wybuchem. Mimo to spokojnie odpowiedział.

– Dwa dni temu… ich pochowałem.

Kall zatoczył się chwiejnie i robiąc parę kroków w tył, opadł na łóżko. Objął rękami głowę. To nie mógł być zbieg okoliczności – myślał gorączkowo. To musiała być ona – Akira. Jej ulubione kwiaty. Białe lilie. W pobliżu osady było ich niewiele. Jednak na polanie, przy wodospadzie rosło ich całkiem sporo. Zawsze wplatała sobie jeden w warkocz. Nabrał powietrza, czując wracającą nadzieję. Czepił się jej jak tonący ostatniej deski ratunku. Dziewczyna musiała jakoś dotrzeć do ich kryjówki, spędzić tam noc i wrócić, by szukać swoich bliskich. Nawet nie chciał myśleć, jak się poczuła, gdy zobaczyła to, co zostało z osady. I… znalazła martwe ciało Eryka. A jego przy nim… nie było. Podniósł głowę.

– Musimy tam wrócić – rzucił zdecydowanie, patrząc na Xargotha – jest ktoś, kto ocalał. Serce łopotało mu w piersi – moja przyjaciółka. Ma tylko trzynaście lat, nie poradzi sobie sama. Musimy ją znaleźć. Jego wybawca uśmiechnął się znacząco, jakby doskonale wiedział o kogo chodzi.

– Spokojnie – rzekł opanowany – odnajdziemy dziewczynę.